niedziela, 13 października 2013

Karuzela - Erytrea

Karuzela, karuzela
Na mym blogu co niedziela

A na karuzeli, to wiadomo, raz mignie słoń, raz kareta albo kaczor Donald. Krótko mówiąc, będę tu zamieszczała różne różności. Wszystkiego po troszku. Ostatecznie „Wyprawy Zagawy” nie mogą ograniczać się tylko do Ghany. W przyszłości mam nadzieję opisywać moje kolejne podróże, ale dopóki jestem tutaj, trochę sobie powspominam.
Swego czasu Gazeta Wyborcza wydawała dodatek Turystyka, w którym publikowany był cykl: Pamiątka z wakacji. Takie krótkie teksty o różnych krajach, dla których punktem wyjścia był jakiś przedmiot przywieziony z podróży. Napisałam do tego cyklu kilka artykulików, parę zostało wydrukowanych, parę nie. A że dodatek przestał się ukazywać, szansa na ich publikację spadła do zera. Pozwolicie więc, że zamieszczę je tutaj.
Żeby nie oddalać się nadmiernie od afrykańskich klimatów, proponuję dzisiaj tekst o kraju z tego samego kontynentu, tyle że ze wschodniej części. W regionie zwanym Rogiem Afryki jest takie nieduże, stosunkowo młode i prawie zupełnie nieznane państwo - Erytrea. To kraina pięknych ludzi i dobrej kawy. I o niej właśnie jest ten króciutki artykuł.

główna ulica  Asmary


O dobrą kawę w Asmarze nietrudno. Espresso, cappuccino czy macchiato wypić można w każdej z setek kawiarni w stolicy Erytrei.

byłam w Asmarze na początku stycznia, akurat w czasie Bożego Narodzenia, obchodzonego tam zgodnie z kalendarzem Kościoła Wschodniego

To spuścizna po włoskich kolonizatorach. Ale przecież Róg Afryki jest ojczyzną kawy, dlatego też różne sposoby jej przyrządzania znane tu były na długo przed przybyciem Włochów.
Tradycyjne metody parzenia są wciąż żywe i choć w kawiarniach pije się kawę na sposób europejski, w domach wszyscy przygotowują ją po erytrejsku. Pierwszy raz miałam okazję zaobserwować to zaraz po przyjechaniu do Asmary. Podłoga recepcji hotelu, w którym się zatrzymałam posypana była gęstą warstwą siana, na której ustawiono mały węglowy piecyk.

 
sianem można posypać podłogę lub tacę z filiżankami z kawą- to znak gościnności. Tu akurat siano położono na schodach do kościoła

Siedząca przy nim kobieta napełniła płynem gliniany dzbanek z cienką szyjką i zaokrąglonym dnem. Potem postawiła naczynie na rozżarzonych węglach i zabrała się za rozpalanie kadzidła. To nieodłączna część rytuału, która sprawiła, że zapach do tej pory kojarzący mi się z uroczystościami kościelnymi, nabrał nowego znaczenia. Od czasu pobytu w Erytrei woń kadzidła zawsze przywodzi mi na myśl kawę. Mocną, aromatyczną, słodką kawę, którą pije się z maleńkich szklaneczek. Zawsze takich samych  - białych ze wzorkiem.

na tym zdjęciu jest wszystko, co potrzeba – siano na podłodze, kawa w tradycyjnym dzbanku i taca z białymi filiżankami

Kawa w hotelu była pierwszą, ale potem wielokrotnie obserwowałam proces parzenia, wdychałam zapach kawy i kadzidła oraz piłam tradycyjnie przyrządzony napój. W pociągu, w domach ludzi, którzy mnie do siebie zapraszali, przy drodze pod baobabem, wszędzie te same czynności i zawsze takie same naczynia.

                                            poczęstunek w pociągu

 Dlatego też nie zastanawiałam się ani chwili, gdy zobaczyłam na targu gliniane dzbanki. Wiedziałam, że to będzie najlepsza pamiątka z Erytrei.

                                                  stragan z dzbankami do kawy

Wybór był duży, choć różnice między poszczególnymi egzemplarzami niewielkie. Jeden trochę ciemniejszy, drugi z większym uszkiem, inny znów z odrobinę innym szlaczkiem. Ogólna zasada pozostawała taka sama, więc zdecydowałam się dość szybko, kupiłam 3 dzbanki - dla siebie i na prezenty. Do tego obowiązkowa wiklinowa podstawka, bez której naczynie z zaokrąglonym dnem nie utrzymałoby pozycji pionowej.

                      oprócz dzbanków, na bazarze jest też duży wybór wyrobów wiklinowych

I choć w Polsce nigdy nie zaparzyłam w nim kawy, to lubię spoglądać na stojący na półce dzbanek przywołujący wspomnienia afrykańskiej gościnności.

PS: To ostatnie zdanie jest już niestety nieaktualne. Kilka miesięcy temu, sięgając po płytę z bollywoodzkim filmem, strąciłam dzbanek z półki. I teraz mam już tylko wiklinową podstawkę.
Cóż, trzeba będzie pojechać do Erytrei jeszcze raz…

                                miło by było popatrzeć znów na majestatyczne góry,

                              pospacerować uliczkami prowincjonalnych miasteczek,

pooglądać wielbłądy na targu w korycie wyschniętej rzeki

i napić się dobrej kawy w jednej z wielu asmarskich kawiarni



3 komentarze:

  1. i to jest to o co nam chodzilo, cieszymy sie ze przelewasz wspomnienia na papier, po kazdym powrocie natlok informacji nie pozwala nam wszystkiego ogarnac jak fajnie gdy mozna w kazdej chwili byc tam gdzie Ty

    OdpowiedzUsuń
  2. Z przyjemnością napiję się z Tobą kawy w Erytrei, kiedy organizujesz wyprawę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpierw, najpewniej za rok, zapraszam na wyprawę do Ghany. A zaraz potem możemy pojechać do Erytrei :)

      Usuń