środa, 16 marca 2016

Herbaciane wzgórza północnego Laosu

W wizytowaniu jakiegoś kraju zabytki czy cuda natury są oczywiście ważne, ale dla mnie stanowią nie cel a pretekst. Jedzie się gdzieś 15 godzin, niby po to, żeby zobaczyć wspaniałą świątynię albo niesamowitą wiszącą skałę, ale tak naprawdę ważny jest sam ruch i to co przydarza się po drodze. Tadź Mahal jest taki sam dla wszystkich i ostatecznie można go obejrzeć nawet w telewizji czy internecie, starszy pan, który prosił o zdjęcie i dał mi nawet swój dowód osobisty, żebym mogła przepisać adres, jest tylko mój. I żeby go spotkać musiałam pojechać do Indii.
Podobnie ma się rzecz z podróżą do Pongsali i trekkingiem po porośniętych herbatą górach północnego Laosu.

Pongsali leży bardzo blisko chińskiej granicy i jest bardzo chińskim miasteczkiem

Chodziliśmy długo, ścieżka prowadziła bardzo stromo w dół i jeszcze stromiej pod górę. 


Przeskakiwaliśmy strumyki, 


mijaliśmy krzewy herbaciane i oglądaliśmy przecudne krajobrazy, a jednak nie to było dla mnie najważniejsze.
W absolutny zachwyt wprawiły mnie wizyty w kilku górskich wioskach. 

mieszkanki wioski

Prawdziwych, nieskażonych turystyką, takich w których białego nie traktują jak worek pieniędzy, a jak gościa. Starsza pani ubrana w tradycyjny strój – wielkie kolczyki i srebrzyste kółka zwisające z czarnego czepka – na nasz widok pogrzebała w przepastnych kieszeniach i każdemu dała po pomidorze.

pomidor prawie koktajlowy

Dzieci zjeżdżające z górki na sankach 

sanki w wersji tropikalnej

(z braku śniegu używały sanek na kółkach) zobaczywszy nas, nie tylko nie zaczęły wykrzykiwać: money! pen! bonbons! , ale przeciwnie – speszyły się i uciekły. I dopiero kwadrans później udało nam się obejrzeć efektowne zjazdy  młodych laotańskich bobsleistów.

końcowy odcinek trasy zjazdowej

Jedynym minusem było to, że w wiosce absolutnie zupełnie nikt nie znał nawet jednego słowa po angielsku, my po laotańsku ani tym bardziej w języku plemienia Akha również nie, a z naszego  przewodnika też żadnej pociechy w kwestii lingwistycznej nie było.  Dlatego niestety wiele naszych pytań pozostało bez odpowiedzi. No ale coś za coś, komunikacja werbalna mocno kulała, ale za to byliśmy świadkami prawdziwego życia, a nie atrakcji turystycznej. W jednej z chat, do których zostaliśmy zaproszeni, A. zachwyciła się wspaniałą starodawną flintą opartą o ścianę tuż koło portretu Marksa i Lenina. Gospodyni, która chyba nie spodziewała się wizyty zagranicznych gości,  wyraźnie zlękła się tego zainteresowania i szybko ukryła strzelbę za drzwiami.


W następnej izbie mąż gospodyni plótł wiklinowy kosz, oglądając telewizję. 

gdzie telewizor - każdy widzi. A koszyka widać kawałek na dole zdjęcia. W chacie panował taki mrok, że fotografowałam właściwie bez patrzenia i jak sie okazało nie wszystko uchwyciłam. W prawym dolnym rogu widać rządek wbitych w ziemię zielonych butelek, które stanowiły jedyne okno w domu

Wymieniliśmy z panem kilka uśmiechów i obydwa znane nam laotańskie słowa, a potem przeskakując przez ogrodzenia kolejnych gospodarstw (zdaje się, że Laotańczycy nie są zbyt wrażliwi na punkcie własności gruntu i przechodzenie przez czyjeś podwórko jest najzupełniej naturalną sprawą), 

choć płot niziutki to i tak wszędzie poustawiane są drabinki, żeby sąsiedzi mogli bezproblemowo pokonywać ogrodzenia

poszliśmy do innego domu, w którym dwóch mężczyzn ugościło nas zieloną herbatą (jedna łyżeczka fusów na cały czajnik wody, ale gałązki herbaciane najpierw opala się nad ogniskiem, a dopiero potem wrzuca do czajnika).

herbata nie była przesadnie mocna

Do kolejnej wioski dotarliśmy akurat w porze obiadu. Wiktuały nasz przewodnik niósł ze sobą (pochwalił się, że osobiście kupił wszystko na bazarze za 20 tysięcy kipów, które dał mu szef), potrzebne było tylko miejsce, w którym moglibyśmy spożyć posiłek. W pierwszej chacie, do której zajrzeliśmy, akurat byli goście, poszliśmy więc dalej. Pewna starsza pani siedząca na przyzbie sąsiedniej chałupy poradziła nam, żeby iść do nauczycielki. Tam zaproszono nas do domu i udostępniono stół oraz dach nad głową.
Obiad zachwycił  mnie stuprocentowo. W chacie zbudowanej z bambusowych mat zasiedliśmy na niziuteńkich stołeczkach (tak ze 20 cm wysokości). Gospodyni postawiła nam okrągły blaszany stolik, a sama przeszła do sypialnej części izby, gdzie leżała jej bardzo malutka córeczka. Mimo naszych namów nauczycielka nie chciała z nami jeść, ale cały czas obserwowała nas z sympatycznym uśmiechem na twarzy.

na pierwszym planie przewodnik, w głębi widać nauczycielkę

Zasiedliśmy zatem do stołu, a przewodnik zaczął wyjmować jedzenie. Spodziewałam się parówek i krakersów, a tymczasem na stole pojawił się kleisty ryż (w dużej ilości), potrawka z kurczaka zawinięta w liście bananowca, grillowane kawałki szynki wieprzowej, kiełbasy i kurczaka. Do tego ostra, ale przepyszna pasta z kolendry i jajka na twardo z pięknymi żółtkami w kolorze szat buddyjskich mnichów. Jedliśmy to wszystko rękami, uśmiechając się do gospodyni karmiącej piersią niemowlę. Przy okazji oglądaliśmy szczury wędzące się nad paleniskiem, 


a przez szpary w podłodze rzucaliśmy chrząstki kurczaka psom siedzącym na podwórku znajdującym się pod główną częścią domu na palach. 


Było prawie zupełnie idealnie, żałowałam tylko, że nie mogę porozmawiać z naszą gospodynią. No ale cóż – laotańskiego raczej się nie nauczę.
Pod sam koniec wycieczki prawie udało nam się trafić na wesele. 

a wcześniej obejrzeliśmy czterystuletnie krzewy herbaciane

i wypiliśmy napar z ich liści, na który zaprosiła nas ta pani

W jednej z wiosek ustawiano wzdłuż drogi stoły, a w powietrzu już unosił się zapach bimbru. Zaproszono nas nawet do chaty, gdzie miała być panna młoda, ale ostatecznie okazało się, że ślub ma być dopiero następnego dnia i mogliśmy zobaczyć dziewczynę ubraną zupełnie zwyczajnie w dżinsy.

No cóż, nie można mieć wszystkiego. Wycieczka i tak była wspaniała. Zwłaszcza, że herbaciane wzgórza podarowały nam oprócz spotkań z ludźmi także bardzo malownicze widoki. 

a młodą parę obejrzeliśmy przy innej okazji. Prawda, że piękni?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz