Dziś mamy w Ghanie dzień wolny od
pracy, z powodu muzułmańskiego święta, obchodzonego na pamiątkę ofiary, którą
Abraham gotów był złożyć Bogu.
„W imię Boga miłosiernego, litościwego”
Czyli jednak można. W kraju zamieszkałym w zdecydowanej większości (ponad 70%) przez chrześcijan, nie obraża niczyich uczuć świętowanie momentów ważnych dla wyznawców innych religii. Nie przeszkadzają też minarety, które – moim zdaniem – raczej zdobią niż szpecą krajobraz.
meczet w mieście Wa
Dotyczy to zwłaszcza regionów na północy kraju, gdzie spotkać można gliniane meczety, takie jakie często występują w Mali. Te ghańskie nie są tak powszechnie znane i znalezienie ich zajęło nam kiedyś sporo czasu.
Meczet, który widzicie na zdjęciu powyżej – według przewodnika – znajduje się w wiosce odległej od Wa – miasta, w którym się zatrzymaliśmy - o 15km. Pojechaliśmy tam z kolegą tro-tro. Początkowo trochę byliśmy zdziwieni, że podróż trwała bite 40 minut, ale skoro kierowca i konduktor zapewnili nas, że na sto procent jedziemy do wioski o podanej przez nas nazwie, nie dyskutowaliśmy, tylko podziwialiśmy krajobrazy przez okno busika.
Kiedy wreszcie dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że meczet owszem jest, ale zdecydowanie nie ten, którego szukamy.
w każdym meczecie musi być miejsce, w którym można dokonać ablucji przed modlitwą. Nawet jeśli wody bieżącej brak
Skoro już jednak przyjechaliśmy, to postanowiliśmy przespacerować się po okolicy. Natychmiast znalazł się pan, który zapragnął nam towarzyszyć. Niestety nie miał czasu, ponieważ był bardzo zapracowanym „sołtysem” tej wioski. Dlatego też kazał nam poczekać, a sam pobiegł po córkę. Oddelegowana do zagranicznych gości kobieta (z dzieckiem przytroczonym do pleców) bardzo przejęła się swoją misją i urządziła nam prawdziwie profesjonalne zwiedzanie wioski. A właściwie głównego placu, będącego targowiskiem.
wioskowy bar pod drzewem
Najpierw zostaliśmy usadzeni na ławeczce pod wielkim drzewem i poczęstowani lokalnym napitkiem. Nie wiem – i nie chcę wiedzieć – co to było. W pierwszym momencie moje obawy wzbudziła piana pokrywająca gliniane dzbanki, ale na szczęście okazało się, że przed spożyciem zdejmuje się ją i wyrzuca.
lekko alkoholowy napój, nazywany przez mieszkańców wioski piwem
Sam zaś płyn przelewa się do naczynia z tykwy. Lekko kwaskowaty i chłodny napój stanowi znakomite orzeźwienie, ale poprzestaliśmy na wypiciu jednej porcji, bo jednak polski żołądek mógł zaprotestować przeciw takim afrykańskim trunkom. (Po powrocie do miasta spożyliśmy leczniczo po butelce coca-coli i setce ginu i obeszło się bez żadnych kłopotów).
Po powitalnym drinku przyszła kolej na inne regionalne specjały. Chyba z godzinę spacerowaliśmy po targu, zatrzymując się przy różnych straganach, a córka sołtysa – łamaną angielszczyzną – opowiadała nam, co widzimy. W punktach gastronomicznych zarządzała degustację.
Próbowaliśmy różnych racuszków:
Dostąpiliśmy nawet zaszczytu nakarmienia nas jakąś potrawą, przyrządzoną specjalnie na tę okazję. Mojego kolegę karmił córka sołtysa, a mnie jej koleżanka, która została zawołała na pomoc.
Wszystko przyjmowaliśmy ze szczerym zachwytem, bo rzadko nadarza się okazja tak dogłębnego poznania lokalnego kolorytu i to za darmo - na polecenie sołtysianki (czy sołtysówny?) obdarowywani byliśmy zupełnie bezpłatnie. W jednym tylko przypadku odmówiliśmy poczęstunku, wymawiając się tym, że to akurat dobrze znamy i że w naszym kraju jest to bardzo popularna potrawa. Myślę, że mnie zrozumiecie, patrząc na zdjęcie poniżej.
ciekawe, czym wypchane są te pęcherze…
Wieczorem tego dnia, siedząc przy leczniczej dawce ginu, doszliśmy do wniosku, że chociaż nie udało nam się znaleźć glinianego meczetu, to jednak wycieczka była niezwykle udana. A meczet znaleźliśmy następnego dnia.
No i ładnie! Miało być o świętach państwowych, a wyszło o kulinarnych osobliwościach ghańskiej prowincji. Kompletnie nie umiem trzymać się tematu. Zupełnie jak sędzia, grany przez Edwarda Dziewońskiego w Kabarecie Starszych Panów (wieczór pt. Nieznani Sprawcy – mój ulubiony, gorąco polecam).A przecież świąt ci u nas dostatek. Przez niecałe trzy miesiące, które tutaj jestem, już trzy razy był dzień wolny od pracy. A to ogłoszenie wyroku sądu w sprawie wyborów, a to rocznica śmierci pierwszego prezydenta Ghany. No i dzisiejsze święto.
Muzułmanie w odświętnych strojach przechadzają się po mieście i urządzają pikniki w parkach. Mogą nawet raczyć się szampanem, bo ten występuje tu zazwyczaj w wersji bezalkoholowej. I – wnosząc z nazwy - jest napitkiem przeznaczonym dla osób pobożnych.
A pozostali cieszą się z wolnego dnia i mniejszych korków na
ulicach.
Niestety, ktoś musi pracować,
żeby świętować mógł ktoś. Padło akurat na mnie. Kończę zatem pisanie i
idę do pracy. A przecież dopiero co udało mi się powrócić do głównego wątku…
cale szczescie ze udalo sie wykrecic od zjedzenia tych okropnych wnetrznosci, wyieczka fajna ale nie dla mnie bo ja to bym nic nie zjadla
OdpowiedzUsuńZastanawia mnie napój...
OdpowiedzUsuńGdzieś widziałam, że aby zrobić taki lekko alkoholowy napitek i rozpocząć proces fermentacji, należy przeżuć to, z czego jest robiony. Ślina ma takie właściwości?
Może dobrze, że nie zapytałaś co to :)
Fajnie, że wreszcie jesteś na zdjęciu ;)
Ja bym to winko musujące chętnie wypiła :D
UsuńWłaśnie Ewa! Pojawiaj się na zdjęciach! W końcu za Tobą tęsknimy! :)
O przezuwaniu slyszalam w Ameryce Południowej, nie wiem, czy w Afryce też tak robią.
UsuńA moje bardziej aktualne zdjęcie jest w następnym poście. Ale uprzedzam - to zdjęcie zbiorowe, nie wiadomo, czy mnie rozpoznacie:)
Smakołyki istotnie wyśmienite. A jak znosi je Twój żołądek ?
OdpowiedzUsuńDobrze znosi. On silny jest, ten mój żołądek :)
UsuńNo i z niejednej miski już jadł...