czwartek, 16 stycznia 2014

Obiady czwartkowe

Od zeszłego czwartku nie ugotowałam nic godnego opisania, więc postanowiłam dziś zabrać Was w kulinarną podróż i przy okazji powspominać różne dziwne potrawy, które zdarzyło mi się jeść w czasie podróży.
Podeszłam do tematu w sposób dla mnie nietypowy, to znaczy uporządkowany. Ułożyłam alfabetycznie kontynenty i zamierzam opisywać je po kolei. Najpierw Afryka.

szyld restauracji na zanzibarskiej plaży
 

O erytrejskiej kawie już pisałam. Oprócz dzbanka do jej parzenia przywiozłam z tego kraju jeszcze worek papryki. Kupiłam ją w takim dziwnym miejscu, czymś pomiędzy skupem żelaza a targiem częściami zamiennymi. Zupełnie nie wiem dlaczego, tam właśnie ulokowali się producenci suszonej papryki.
 
 
Na tym zdjęciu widać paprykę w strąkach, ale można też było kupić mieloną w takich urządzeniach.
 
 
Ja kupiłam całą. Przy okazji wykazałam się zupełnym brakiem wyobraźni - powiedziałam, że poproszę kilogram. A potem coraz szerzej otwartymi oczami patrzyłam na rosnący bardziej i bardziej wór, który wkrótce stał się moją własnością. Suszona papryka okazała się być tak lekką, że pomimo obdarowania nią wszystkich, którzy tylko zgodzili się przyjąć dar i tak mam zapas papryki do końca życia. Bo musicie wiedzieć, że erytrejska papryka jest z piekła rodem i dodanie 1 strąka załatwia na amen gar pożywienia.
Ogólnie rzecz biorąc, kuchnia erytrejska podobna jest do etiopskiej, co oznacza, że króluje w niej indżera. To chyba największa porażka kulinarna jaka spotkała mnie w czasie podróży po całym świecie. Indżera to taki placek produkowany z lokalnego afrykańskiego zboża. Wygląda to tak:
 
 
Na tym zdjęciu dobrze widać gąbczastą konsystencję indżery. Smak ma lekko kwaskowaty, a kolor zależy od stopnia oczyszczenia zboża. Czasem wygląda po prostu jak brudna ścierka.
 
 
Pamiętam, że gdy podano ją nam pierwszy raz, myśleliśmy, że to  - nie pierwszej świeżości - ręcznik do wytarcia rąk. Są tacy, którzy indżerę lubią, ja niestety nie. A ku mojemu utrapieniu, w Etiopii je się ją na okrągło. Z gulaszem mięsnym w poniedziałki, wtorki, czwartki, soboty i niedziele, a z sosem pomidorowym (często z dodatkowo wkrojonymi kawałkami indżery) w środy i piątki. Bo Etiopczycy to pobożny naród i przestrzegają postu i to do tego stopnia, że nawet w restauracjach jest inne, bezmięsne menu w dni postu (czyli środy i piątki właśnie).
Ale nie martwcie się, nie schudłam w Etiopii wcale. I mam z tego kraju także miłe wspomnienia związane z jedzeniem. Poniekąd.
 
 
Ten groch jadłam w wiosce, gdzieś w górach Siemen. To rodzinna wioska naszego przewodnika. Chłopakowi wyczerpały się pomysły, na to jak zabawić turystów, więc spytał czy chcemy odwiedzić jego, mieszkającą niedaleko rodzinę. Oczywiście chcieliśmy. Pokonanie tego niedaleko zajęło nam jakieś dwie godziny, ale w końcu dotarliśmy do wioski, leżącej gdzieś na uboczu, z dala od turystycznych szlaków. Mama przewodnika zajęta była właśnie gotowaniem obiadu (na zdjęciu), na który nas serdecznie zaprosiła. Kulinarnie żadne mecyje, ale zapamiętałam ten posiłek na całe życie, jak sądzę. A potem odbyła się sesja fotograficzna. Najpierw zbiegły się wszystkie dzieciaki, potem matka karmiąca z dzieckiem przy piersi, a potem przyprowadzono najstarszą starowinkę, żeby jej też zrobić zdjęcie. Po powrocie do Polski wywołałam te fotki i wysłałam na adres Parku Narodowego, w którym pracował przewodnik. Jakbyście tam kiedyś  byli, to spytajcie, czy je dostał, dobra?
Alfabetycznie rzecz ujmując, teraz kolej na Ghanę. No ale o kuchni tego kraju pisałam już tak wiele , o choćby tutaj, że nie będę się powtarzać i przejdę od razu do Kenii.
Przeglądając zdjęcia stamtąd stwierdziłam, że chyba nie jadłam w tym kraju nic specjalnego niestety. Za to małpy zjadły raz cały nasz obiad.
 
o, tu odwija sobie z folii aluminiowej nasze frytki. Świnia nie małpa, mówię Wam!
 
Za to w Maroku jadłam i to sporo :)
W Casablance były ryby i krewetki,
 
 
a w Marrakeszu ślimaki. Kupuje się je na takich straganach.
 
 
Pan nakłada je do miseczki,
 
 
daje wykałaczkę, a potem już trzeba sobie radzić samemu. Zjadłam ze trzy, resztę oddałam chłopcu, który stał obok i przyglądał się wygłodniałym wzrokiem. On zdecydowanie bardziej potrafił docenić ich wartość.
No tak, pomyliłam się, Mali powinno być przed Marokiem. Wybaczycie mam nadzieję, szczególnie, że mam stamtąd tylko jedną kulinarną fotografię:
 
 
To takie racuchy, które dostaliśmy na kolację podczas wędrówki po krainie Dogonów. Mój kolega następnego dnia chorował, ale według mnie nie zaszkodziły mu racuchy tylko dostał udaru, bo łaził po absolutnie pozbawionej cienia Afryce z gołą łysą głową (ogoloną u fryzjera w Casablance).
 
 
O, tak tam było i zapewniam Was, że te rachityczne drzewka nie dają cienia nic a nic. A on się zaparł, że nie założy czapki. I potem, że mu niby dogońskie racuchy zaszkodziły....
Z krajów na M mam jeszcze w swoim albumie zdjęcia z Mauretanii.
 
 
To zostało zrobione w stolicy tego kraju, w sklepie z pamiątkami. Prowadzili go Senegalczycy, jeden z nich (ten koło mnie w czapce, a ja to ta w pomarańczowej bluzce) postanowił zostać moim mężem i na dobry początek zaprosił na obiad. Zjedliśmy bardzo dobry gulasz z koziny, nakładając sobie mięso kawałkami bagietki. A potem była mocna i słodka herbata z pianką.
No, to już prawie wszystko na dziś. Jest jeszcze Zanzibar, ale o nocnym targu gastronomicznym już pisałam, więc dziś tylko pokażę Wam to, co ja sobie tam zamówiłam.
 
 
A teraz to już sama nie wiem, czy bardziej chce mi się jeść czy pojechać do Afryki....

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza