niedziela, 19 stycznia 2014

Karuzela - Mauretania

Karuzela, karuzela
na mym blogu co niedziela...

Długo zastanawiałam się, czy Mauretania pasuje bardziej do Karuzeli czy Arabesek. W końcu poszłam ze sobą na kompromis - Mauretania tutaj, ale za to Uzbekistan pójdzie tam. Czyli spodziewajcie się któregoś piątku opowieści uzbeckich, a dziś kolejny fragment mojej nieistniejącej książki.
Najpierw krótkie wprowadzenie. Na granicy między Marokiem, a właściwie Saharą Zachodnią a Mauretanią, dostaliśmy jedynie wizę tranzytową, na 3 dni.
 
mauretański punkt graniczny, zdjęcie zrobione z ukrycia

Dlatego zależało nam na szybkim transporcie z Nawakszut (stolica Mauretanii) do Mali, które było naszym właściwym celem. Na dworcu autobusowym (lub może bardziej samochodowym) zapewniono nas, że w Bamako (stolica Mali) będziemy za 15 godzin. To nas urządzało, kupiliśmy więc 3 bilety (żeby mieć jedno wolne miejsce) i pojechaliśmy.


A potem wyruszyliśmy w naszą piętnastogodzinną podróż. Zaczęła się oczywiście od czekania, kiedy bowiem  stawiliśmy się o wyznaczonej godzinie, okazało się, że brakuje kilku osób. Jeden z siedzących pod drzewem mężczyzn pokazał nam gdzie możemy położyć plecaki, a potem zmienił pozycję, robiąc nam trochę miejsca w cieniu. Po dwudziestu minutach znudziło mi się oglądanie kóz rozgrzebujących sterty śmieci i postanowiłam się przejść.

centrum Nawakszut
 
- Nie odchodź daleko - powiedział P. - Przyszła jakaś rodzina, może zaraz pojedziemy.
- Pójdę tylko kawałek - obiecałam. - Może kupię coś do picia. Zresztą - dodałam - nawet jeśli są już wszyscy, to trzeba jeszcze zapakować bagaże, to na pewno trochę potrwa.

Chwilę chodziłam po sąsiednich, bardzo podobnych do siebie uliczkach. Nie odznaczały się niczym szczególnym i jedyna rzecz, którą zapamiętałam z tego krótkiego spaceru, to coraz natrętniej powracająca myśl, że w tym kraju powinien być surowy zakaz używania plastikowych opakowań.

W małym sklepiku kupiłam dwie butelki coli i wróciłam na dworzec. Sytuacja, którą zastałam była identyczna do tej sprzed dwudziestu minut, pusty samochód, grupka ludzi siedzących w cieniu drzewa i wałęsające się wkoło kozy.

typowy strój mieszkańców Mauretanii

- Bez zmian? - spytałam podając P butelkę.
- Bez - odparł znużonym głosem. - Może spytaj kierowcę, ile to jeszcze potrwa.
- On twierdzi, że niedługo - powiedziałam po krótkiej wymianie zdań z siedzącymi obok mężczyznami. - Brakuje już tylko dwóch osób.
- Jeszcze dwóch?! - zdziwił się P. - Przecież jest nas już ze dwadzieścia sztuk!
- Ale nie wszyscy są pasażerami. Ma jechać jedenaście osób i kierowca. I to tylko dzięki temu, że kupiliśmy trzy bilety.
- Jedenaście plus kierowca mówisz? - P z powątpiewaniem przyglądał się pojazdowi. - Ciekaw jestem, jak my się tam wszyscy upchniemy.
- Przekonamy się. Mam nadzieję, że niedługo.

I rzeczywiście, po kilku minutach przy samochodzie zaczął się ruch. Najpierw trzeba było zapakować wszystkie bagaże. Nie była to sprawa prosta, bo każdy z pasażerów posiadał sporo, często niewymiarowych tobołków, a do tego mieliśmy też wieźć różne przesyłki. Dwóch chłopaków, stojących na dachu auta, musiało się nieźle nagimnastykować, żeby ułożyć i przymocować kilka tekturowych kartonów, nasze dwa plecaki, trzy podróżne torby, parę reklamówek, dywan i dwie długie, wystające poza samochód rury. Zadanie to było na tyle męczące, że pomimo wciąż czekających na załadowanie bagaży, postanowili zrobić sobie przerwę.

- Nie można im mieć tego za złe - westchnęłam. - Ostatecznie jest chyba ze trzydzieści pięć stopni, a tam na dachu nie ma ani krztyny cienia. Zmęczyli się.
- No, ale teraz to już chyba wypoczęli, do diabła! - wyraziłam swoje niezadowolenie po dwudziestu minutach, w czasie których nie wydarzyło się nic.
- Ciekawe czy w ogóle kiedyś stąd odjedziemy - odparł spokojnie P. - Mnie się nawet zaczyna tu podobać, ochłodziło się trochę i cienia jest teraz więcej - dodał  wyciągając się na ziemi i podkładając sobie pod głowę mały plecaczek. - Obudź  mnie jakby coś się działo.

Dziać zaczęło się po kolejnych czterdziestu minutach. Tych samych dwóch chłopaków wdrapało się znów na dach i nastąpił pakowania ciąg dalszy. Na pierwszy ogień poszły cztery banalne tobołki, po nich zaś przyszła kolej na bardziej skomplikowane przedmioty. Przywiązanie i zabezpieczenie dwóch anten satelitarnych, trzech opon i pięciu kanistrów zajęło, z zegarkiem w ręku, pół godziny. W końcu jednak wszystko znalazło swoje miejsce i kierowca dał hasło do odjazdu. Oczywiście nie oznacza to, że minutę później byliśmy już w drodze. Usadowienie w jednym jeepie dwunastu osób jest może trochę łatwiejsze niż uwiązanie dywanu, anten i rur, ale do najprostszych też nie należy. Szczególnie, że każdy z nas miał jeszcze ze sobą bagaż podręczny, który też raczej musiał się zmieścić. W Europie nie dało by rady, w Afryce po kilkunastu minutach wszyscy byli upchani jak należy. Jako ostatni wsiadł kierowca i auto powoli ruszyło.

- Nie wiem jak my tu wytrzymamy piętnaście godzin - mruknął P. - Mnie już zaczyna noga drętwieć.
- A pomyśl sobie, że gdybyśmy nie kupili dodatkowego biletu, byłaby tu jeszcze jedna osoba - powiedziałam, sama nie wiem z zachwytem czy przerażeniem.
- Absolutnie nie mogę sobie tego wyobrazić!

Rzeczywiście, nie było to proste, bo ściśnięci byliśmy jak szprotki w puszce. Jedynie kierowca miał trochę więcej miejsca, ale też nie za dużo, bo na miejscu obok niego siedział wyjątkowo duży człowiek z czarną twarzą i jeszcze czarniejszym zawojem na głowie. Jego błękitna szata tak dokładnie spowijała siedzącego koło niego (na tym samym siedzeniu) chłopaka, że dziś nie mogę sobie w ogóle przypomnieć jak wyglądał. W rzędzie za nimi jechało dwóch nastoletnich chłopców z ojcem i owinięta niezwykle barwną materią kobieta. Pomiędzy nimi, a naszym, tylnym rzędem, ustawione były jeszcze dwa dodatkowe stołeczki, na których, bokiem do kierunku jazdy siedzieli: stary człowiek o pomarszczonej, ale bardzo pięknej i surowej twarzy oraz żołnierz w mundurze. Osobą, która wierciła mu swoimi kolanami dziurę w lewym udzie, byłam ja. Koło mnie występowała wolna przestrzeń wykupionego przez nas dodatkowego biletu. Był to najlepszy w świecie przykład na to, jak teoria przeciwstawia się praktyce. Naprawdę bowiem, pomiędzy mnie, a P udało by się może z trudem wcisnąć ten dodatkowy bilet, pod warunkiem, że rozłożylibyśmy kartonik (inaczej byłby zdecydowanie za gruby) i że obydwoje wypuścilibyśmy z płuc powietrze. W przeciwnym razie nie widzę żadnych szans. Skład osobowy naszego auta dopełniała siedząca obok P kobieta.

Początek trasy prowadził przez miasto, oddałam się więc obserwacjom. Słońce już prawie zaszło, ale to co było w miarę blisko, dało się jeszcze pooglądać. Przede wszystkim moją uwagę zwróciły autobusy miejskie. Że wypchane do nieprzytomności, nie budziło mojego  zdziwienia, ostatecznie i u nas często jeździ się w tłoku. Zastanowiło mnie natomiast, że wszystkie pozbawione były drzwi. Po chwili przyglądania się im, doszłam do wniosku, że był to sprytny zabieg, pozwalający zmieścić  we wnętrzu większą liczbę pasażerów. Z tym wnętrzem to trochę przesadziłam, ludzie ci raczej wisieli poza autobusem, ale przemieszczali się w pożądanym kierunku i to było najważniejsze. Wydaje mi się nawet, że pasażerowie wystający mieli bardziej zadowolone miny od tych wewnątrz. Może za sprawą świeżego powietrza, którego z pewnością brak było w środku pojazdu.

Jazda zatłoczoną ulicą była dość powolna, do tego jeszcze musieliśmy się zatrzymać się na stacji benzynowej (oczywiście przez cały dzień oczekiwania na dworcu, kierowca nie miał czasu, żeby zatankować), tak że z Nawakszut wyjechaliśmy po godzinie. Ledwo minęliśmy rogatki miasta, samochód stanął. Nadszedł czas modlitwy.

postój modlitewny
 
Żeby wydostać się z samochodu miałam do wyboru, albo przeleźć przez oparcie naszego siedzenia i wyjść tylnymi drzwiami albo, pokonując oparcie fotela przed nami, skorzystać z przednich drzwi. Żadna z możliwości nie była zbyt wygodna, ale wizja rozprostowania kości dodała mi zręczności i już po chwili mogłam po raz kolejny podziwiać piękny i egzotyczny obrazek. Pokłony bite w równym, miarowym tempie, szaty powiewające na wietrze, a dokoła piaski Sahary. Może się powtarzam, ale ten widok tak bardzo odpowiadał moim marzeniom o tajemniczym, dalekim świecie, że za każdym razem, gdy go widziałam, aż mi się płakać chciało z radości.

Po kilku minutach zakończono modlitwę i znów nadszedł czas upychania się w samochodzie. Trzeba było to robić w ściśle określonej kolejności, gdyby choć jedna osoba wsiadła za szybko, reszta nie dostałaby się do swoich miejsc.

Gdy ruszyliśmy, na dworze zapadła już noc. Droga oczywiście nie była oświetlona, otaczały ją tylko piaski pustyni, bez żadnych siedzib ludzkich, tak więc panująca ciemność była perfekcyjna. Nie wiem czy to właśnie z tego powodu, czy może nasz kierowca zbyt przesadnie przestrzegał prawostronnego ruchu, tak czy siak, co chwila zjeżdżaliśmy z szosy, częste wstrząsy budziły próbujących zasnąć pasażerów. Do wszystkiego jednak można się przyzwyczaić i po jakichś dwóch czy trzech godzinach, przestałam zwracać na to uwagę i zaczęłam drzemać. Przyjęłam w miarę wygodną pozycję, udało mi się nawet oprzeć głowę o tylną szybę i byłam już gotowa na co najmniej kilkugodzinny sen, kiedy nagle samochód zjechał gwałtownie na prawo i zaczął się niebezpiecznie przechylać w moją stronę.

- Jezus Maria! - przeleciało mi przez głowę. - Będziemy dachować! Wszyscy polecą na mnie! Boże!!!

Na szczęście, za nim zdążyłam się porządnie przestraszyć, samochód zarył w piachu i stanął, przechylony o czterdzieści pięć stopni. Wszyscy zaczęli w popłochu wysiadać. Okazało się, że tylne drzwi są zablokowane i musimy przedostać się do przednich. Kątem oka zobaczyłam za mną czerwony błysk, pomyślałam, że tam właśnie znajduje się pełny bak paliwa i ze zwinnością i  szybkością geparda, wyskoczyłam z auta.

Już na zewnątrz, gdy trochę ochłonęłam, zdałam sobie sprawę, że to nie były żadne płomienie, tylko czerwone światła stopu.

Jeden rzut oka na samochód wystarczył, by stwierdzić, że nieprędko pojedziemy dalej. Prawego tylnego koła nie było w ogóle, a pojazd wrył się ośką w piach na dobre trzydzieści centymetrów.
 
koło już odnalezione, a samochód odkopany
 
Na początek wszyscy wyruszyli na poszukiwania koła. Udało się je znaleźć jakieś pięćdziesiąt metrów od auta, na tym jednak sukcesy się skończyły. Żeby przymocować zgubę, potrzebne były różne śrubki i nakrętki, a tych, w może nie egipskich, ale nie mniej czarnych, mauretańskich ciemnościach odnaleźć nie było łatwo. Po kilkunastu minutach porzucono próby i mężczyźni zajęli się odkopywaniem zarytej ośki, żeby potem, zapewne już rano, łatwiej było zamontować koło. Tu udało nam się zaskarbić przychylność współpasażerów za sprawą czołówki P, która znacznie ułatwiała pracę.

Podczas kiedy mężczyźni ryli w piasku, ja idąc za przykładem kobiet, rozłożyłam na ziemi pareo i zajęłam się podziwianiem miliona gwiazd  na niebie. Po jakimś czasie dołączył do mnie P.

- Marzyła mi się noc na pustyni - mruknął, nie wiedzieć czemu niezadowolony ze spełnienia marzeń.
- Strasznie szybko realizujesz swoje marzenia.
- Czasem chyba za szybko - zaśmiał się. - Ale skoro już tu jesteśmy, to muszę zrobić parę zdjęć.

Przez następne kilkanaście minut trwała sesja fotograficzna pod tytułem "Sahara nocą, ze szczególnym uwzględnieniem afrykańskiego nieba".
 
jedno ze zdjęć P

- Zrobiło się zimno - powiedziałam, wstając z mojego posłania. - A wszystkie cieplejsze rzeczy są upchane gdzieś pod tymi antenami, kanistrami i Bóg raczy wiedzieć czym.
- Zapomnij o tym. Trzeba się rozgrzać jakoś inaczej.
- Może owinę się pareo.
 Jednak, gdy chciałam to zrobić, okazało się, że otaczająca nas pustynia nie jest pokryta czystym, żółtym piaseczkiem, że rosną na niej takie malutkie i wredniutkie roślinki, których łodyżki powbijały się w moje pareo. Następne dwie godziny spędziłam na wydłubywaniu paskudnej flory z mojego jedynego okrycia wierzchniego. O położeniu się z powrotem na piasku nie było już mowy, choć zdaje się, nikomu poza mną, wbijające się we wszystko roślinki, w ogóle nie przeszkadzały. Prawie wszyscy poukładali się do snu, zawinięci w swoje obszerne szaty. Byli chronieni i przed chłodem i przed atakującą przyrodą.

Ja usiadłam sobie na odnalezionym, leżącym koło samochodu kole i powolutku, jak nie przymierzając Kopciuszek, wyskubywałam patyczki z pareo. Przy okazji przyglądałam się jednemu z nastolatków, który przygotowywał dla wszystkich herbatę. Turystyczną kuchenkę i wszystkie potrzebne naczynia wyjął z zawiniątka, które bardzo rozsądnie zabrał jako bagaż podręczny. Kierowca nalał wody z kanistra i rozpoczęła się  taka sama ceremonia, jak ta, którą dzień wcześniej pokazał nam Ibrahim (mój senegalski "narzeczony", o którym pisałam niedawno). Mimo młodego wieku chłopak bardzo profesjonalnie przelewał płyn i wykonywał wszystkie, niezbędne do uzyskania dobrej herbaty, czynności. Najwyraźniej w tym muzułmańskim społeczeństwie, parzenie herbaty nie należało do gorszych, kobiecych zajęć.

Gorący płyn rozgrzał nie tylko ciała, ale też umysły naszych współpasażerów, tak że  podjęli decyzję o wysłaniu jednego z nich po pomoc. Wydelegowany został, być może ze względu na powagę munduru, żołnierz. Stanął więc na szosie i czekał na okazję. Już po kilkunastu minutach pojawił się samochód jadący w przeciwnym do naszego kierunku, który zabrał go do najbliższego miasteczka.

- Myślisz że to coś pomoże? - spytałam. - Że uda się założyć to koło jeszcze przed świtem?
 
świt na pustyni

- Jeśli przywiezie wszystkie części i jeszcze do tego reflektory, żeby było widać gdzie je przykręcać, to tak. Ale jakoś szczególnie to bym na to nie liczył.
- To ja idę skubać dalej - powiedziałam i udałam się na moją miejscówkę na oponie. Kiedy już wszystkie kłujące gałązki zostały wydłubane z pareo, owinęłam się nim, skuliłam i próbowałam wmówić sobie, że jest mi ciepło. Chyba mi się udało, bo po chwili, pierwszy raz w życiu, zasnęłam na siedzący.

- Madame - obudził mnie zatroskany głos kierowcy. - Tu niewygodnie. Idź się położyć do samochodu.
- A nie przewróci się? - spytałam podejrzliwie.
- Nie, odkopaliśmy go i już stoi w miarę prosto. Tam ci będzie cieplej i wygodniej.
- Bycie białą kobietą ma jednak swoje zalety - pomyślałam układając się na tylnym siedzeniu auta.

Gdy następnym razem otworzyłam oczy, było już widno. Mogłam wreszcie zobaczyć okolicę, w której przyszło nam spędzić noc. Nie była to pustynia jaką znamy z filmów przygodowych. Porastały ją różne krzaczki (producenci tych wrednych kłujących gałązek), tu i ówdzie występowały nawet nieduże drzewka.

- Idę do toalety - machnęłam ręką w stronę oddalonej kilkadziesiąt metrów kępki drzew.
- Dobra - zgodził się P. - A ja się poopalam. Nie mogłem się doczekać kiedy wreszcie wzejdzie słońce.
- No, ciepło się zaczyna robić. Fajnie. A żołnierz wrócił?
- Chyba nie.
- Ciekawe ile nam tu przyjdzie siedzieć - zadumałam się. - Trochę jestem już głodna.
- Ja też. Dobrze, że chociaż wzięliśmy dużo wody.

Oczywiście natychmiast uczepiła się mnie piosenka "Nie ma wody na pustyni", która zawsze miesza mi się z innym przebojem zespołu Bajm i dochodząc do trzech rachitycznych drzewek  mających stanowić ściany mojej toalety, podśpiewywałam już sobie półgłosem "Józek, nie daruję ci tej nocy!".

pustynia rano jest o wiele przyjaźniejsza niż nocą
 
W miejscu do którego doszłam piasek był ładniejszy, utworzyła się nawet mała wydma i w ogóle podobało mi się tu. Słońce wschodziło coraz wyżej, temperatura powietrza osiągnęła przyjemne dwadzieścia stopni, postanowiłam więc przejść się jeszcze kawałek. W pewnym momencie miałam nawet ochotę usiąść na chwilę, bo piasek wydawał się tu czysty, ale wtedy mój wzrok padł na dziwne ślady na ziemi. Oprócz fal wyżłobionych przez wiatr była tam jeszcze taka jakby serpentynka, kończąca się niedużą dziurą w piasku. A obok jeszcze jedna i jeszcze jedna.

- Tu są chyba węże - zaraportowałam po powrocie P, przejęta swoim odkryciem.
- Pewnie, że są - odparł zupełnie niewzruszony.
 - No wiesz! - już chciałam się obrazić, ale przerwał mi kierowca.
- Jeśli pójdziecie szosą jakiś kilometr, dojdziecie do wioski. Tam jest sklep, możecie kupić sobie coś do jedzenia.
- Super, idziemy! - ucieszył się P. - Jestem już okropnie głodny.
- A jak w międzyczasie wróci żołnierz?
- Nie martw się - powiedział kierowca. - Nie zostawimy was. Zresztą i tak musimy jechać tamtędy.
- No to idziemy!

Piętnaście minut spaceru, w coraz cieplejszych promieniach słońca, było bardzo przyjemne. Pustynia ciągnąca się, jak okiem sięgnąć, w każdą stronę, zmieniała swoje oblicze co parę metrów. Najpierw szliśmy wśród wrednych kłujących krzaczków, potem piasek oczyścił się, ale za to pojawiły się drzewa, aż w końcu zobaczyliśmy prawdziwą Saharę, taką ze zdjęć wiszących u mnie w domu nad telewizorem. Spacer podobał mi się coraz bardziej i właściwie zaczęłam się cieszyć z tego całego wypadku. Gdyby nie to, przejechalibyśmy tu nocą, nic nie zobaczyli i niczego nie doświadczyli. Krótko mówiąc, nie ma tego złego...

gdzieś na pustyni

- Patrz, tu są jakieś domy, może to ta wioska - powiedział P.
- Pewnie tak - odparłam ucieszona, bo nic nie sprawia mi większej radości niż odwiedzanie takich małych, nieznanych turystom miejscowości.

Doszliśmy do osady składającej się z kilku betonowych domów i paru drewnianych chat.

- Ciekawe, który z tych budynków jest sklepem.
- Nie mam pojęcia, ale tam, w namiocie siedzą jacyś ludzie, może się spytasz.
- Dobra.

Wydaje mi się, że kobieta z którą zaczęłam rozmawiać władała francuskim równie słabo jak ja, ale zrozumiała (trochę dzięki mowie ciała), że chcemy kupić coś do jedzenia i ruchem ręki kazała nam iść za sobą. Otworzyła jeden z lepiej wyglądających budynków i z dumą zaprezentowała jego zawartość.

- Co chcecie? - spytała
- Bułkę, banany i coś do picia.
- Tu mamy zimne napoje - odparła pokazując wiadro wypełnione lodem.

Pięć minut później byliśmy bogatsi o kompletnie czerstwą bagietkę, kiść bananów i dość chłodny sok z mango w puszce. Z naszej strony, oprócz pieniędzy, podarowane zostały też licznie zgromadzonym dzieciom, cukierki i baloniki.

- Gdzie będziemy jeść? - spytał P.
- Może usiądziemy tu, na schodkach sklepu.
- Nie, wolałbym się stąd oddalić, nie mogę jeść jak wszyscy mi się przypatrują.
- To chodźmy na tamtą wydmę - dzień zaczął się pięknie i byłam łagodnie usposobiona. - Tam może być?
- Tak, chodźmy tam - zgodził się mój przyjaciel.

Zanim jednak zdążyliśmy zrealizować nasz plan, usłyszeliśmy warkot nadjeżdżającego pojazdu i dźwięk klaksonu.

- To chyba nasi! - wykrzyknął P.
- Niemożliwe - zaczęłam, ale zaraz zmieniłam zdanie. - Tak! To oni!

Samochód zatrzymał się koło nas z piskiem opon.

- Zreperowane! - zawołał uszczęśliwiony kierowca. - Wsiadajcie!
- Już dawno nic mnie tak nie ucieszyło - wyznałam, kiedy po kilku minutach usadawiania się w aucie, w końcu ruszyliśmy.
- Mnie też - zgodził się P. - I w ogóle mi nie przeszkadza, że tylne drzwi się nie otwierają i że za każdym razem będziemy musieli  przełazić przez przednie siedzenie.
- Mnie też nie! I że zrobiła się szpara i nie mam o co oprzeć głowy, też mi nie przeszkadza. Jedziemy i tylko to się liczy!

jedziemy

Po paru minutach okazało się, że nasza wiedza dotycząca stanu samochodu była dość powierzchowna. Drzwi nie otwierały się kiedy chcieliśmy przez nie wysiąść na postojach, za to bez żadnego problemu robiły to w trakcie jazdy. Po dwóch czy trzech takich niespodziewanych otwarciach, kierowca wysiadł i zadrutował niesforne drzwi. Odtąd podróż przebiegała już bez żadnych problemów, aż do pierwszej po południu. Wtedy samochód zatrzymał się i współpasażerowie poinformowali nas, że będziemy odpoczywać w przydrożnym zajeździe.

Nasza "piętnastogodzinna" podróż trwała jeszcze długo, więc żeby Was nie zamęczyć, o tym co było dalej napiszę jutro.
Miłej niedzieli życzę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz