czwartek, 20 marca 2014

Obiady czwartkowe

Niektórym to dobrze, lecą sobie jutro do Tajlandii...
Zatem dla Niektórych (i wszystkich innych) kilka porad, jak nie stracić nic z kulinarnego bogactwa tego kraju.

Przede wszystkim trzeba tam jeść. Wszystko i wszędzie, bo nigdy nie wiadomo, gdzie ukryta jest ambrozja i nektar. Może na przykład w  takich tajemniczych pakiecikach jest właśnie ten smak, który zapamiętamy do końca życia.



Najfajniejsze w Tajlandii jest to, że najlepsze jedzenie kupić można na ulicy, więc nie należy wcale szukać wykwintnych restauracji, żeby zjeść coś naprawdę dobrego i egzotycznego, a przy tym śmiesznie taniego.
Może więc takie szaszłyczki rybne:


Albo pyszną, świeżo przyrządzoną zupę:

Ttn punkt gastronomiczny akurat nie był uliczny, tylko raczej rzeczny (czy też kanałowy), ale zasada taka sama
 
 
Takie danie nie tylko znakomicie syci i dostarcza przyjemności kubkom smakowym, ale też zaskakuje, bo nic w nim nie jest tym, czym się wydaje. To co wygląda jak mięso okazuje się rybą, to co kluskami jest mięsem...

Nie należy także omijać ze wzgardą supermarketów. W dziale garmażeryjnym wielkiego supersamu jadłam kiedyś takie niebieskie cacka. Lekko słodkie, nadziewane wieprzowiną, prawdziwa uczta dla smakoszy.


Jak wiadomo, w krajach tropikalnych należy ostrożnie podchodzić do świeżych owoców. Dlaczego? A no choćby dlatego:


Jednak, tak naprawdę, banany to właśnie najbezpieczniejsze owoce, bo natura szczelnie je zapakowała i wszelkie ameby nie mają do nich dostępu. Co innego jabłka:


No, ale jak nie spróbować takich ślicznych lśniących gruszko-jabłuszek? Jeśli pokusa jest zbyt silna, nie należy z nią walczyć. Może tylko dla pewności obrać ze skórki (i popić colą, która jak wiadomo zżera wszystko oraz wysokoprocentowym alkoholem o działaniu dezynfekującym :))
No i oczywiście koniecznie, ale to koniecznie, będąc w Tajlandii trzeba jeść codziennie przepyszne naleśniki z bananami, polane gęstym słodkim mlekiem. O, mogą być takie, jak robi ten pan:

ślinka mi cieknie na samo wspomnienie...
 
A czego w Tajlandii nie trzeba lub nie należy? No cóż, nie będę jakoś przesadnie namawiała do niektórych przekąsek:
 
 
Są też produkty spożywcze, których wnoszenie do miejsc publicznych czy przewożenie niektórymi środkami transportu jest zabronione prawnie. Oczywiście mam na myśli owoce duriana. Jedni za nimi przepadają, inni mniej, ale wąchać nie lubi chyba nikt:


Tak więc, duriany i robaki wedle uznania, resztę zaś jeść, wciągać i pochłaniać, bo kuchnia tajska królową kuchni świata jest!
Smacznego! (ale Wam zazdroszczę!!!)
 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza