piątek, 8 listopada 2013

Arabeski - Sahara Zachodnia


 
Dziś kolejny fragment mojej nieopublikowanej książki (poprzedni dotyczył Maroka).
Jedziemy dalej - do Sahary Zachodniej.

Do czasu dotarcia do Sahary Zachodniej, podróż wyglądała zupełnie zwyczajnie. Potem zaczęły się atrakcje. Mniej więcej co godzinę autobus był zatrzymywany przez żołnierzy Frontu Polisario. Sprawdzali dokumenty wszystkich pasażerów, a nas, jedynych cudzoziemców, wypytywali dokładnie o datę przybycia do kraju, cel podróży i zawód. Trochę to było męczące, ale i tak cieszyliśmy się, że nie robią nam żadnych trudności i pozwalają jechać dalej. A nie było to takie oczywiste. Sahara Zachodnia to problematyczny teren. Maroko i Mauretania długo spierały się o to, do kogo ziemia ta powinno należeć. W końcu Mauretania wycofała się i Maroko objęło tu panowanie. Saharyjczycy nie uznali jednak tego zwierzchnictwa, chcieli własnego państwa. Stąd Front Polisario, walki i miny wciąż czyhające na podróżnych próbujących zjechać z głównego szlaku. Wprawdzie od 1988 roku nie trzeba już mieć pozwolenia na podróżowanie po Saharze Zachodniej, ale ciągle czuje się, że to niespokojna ziemia. Całe rzesze różnego rodzaju policjantów, żandarmów i żołnierzy UN nie działały na mnie uspokajająco. Pewnie trochę przyczyniał się też do tego surowy krajobraz, który oglądałam przez okno autobusu. W prawo i w lewo, do przodu i w tył, gdzie tylko spojrzałam, wszędzie widziałam jedynie żwirową pustynię. Szosa, którą jechaliśmy prowadziła przez zupełną pustkę, przerywaną co kilkadziesiąt kilometrów posterunkiem żandarmerii.

 

rzadko spotykaliśmy tak zabudowane miejsca

Posterunek to zresztą nieodpowiednie słowo, czasem była to tylko nędzna blaszana budka lub zaparkowany na poboczu samochód, a raz nawet zatrzymaliśmy się przy kamieniu, na którym siedział znudzony żołnierz. Kilkakrotnie na naszej trasie pojawiało się miasto. Nagle, bez uprzedzenia, bez podmiejskich wiosek i przedmieść, pustynia zmieniała się w całkiem sporą miejscowość, z kawiarniami, sklepami i blokami mieszkalnymi.
Około szóstej po południu dojechaliśmy do Ad-Dachli, miasta położonego dwadzieścia dwa kilometry na północ od zwrotnika Raka. Przez ostatnie dni często myślałam o tej miejscowości, położonej gdzieś hen na pustyni, nie wiadomo w jakim państwie. Miejscu, w którym kończy się świat. W przewodniku napisano, że od tego punktu zaczną się nasze problemy, tu rozstaniemy się z transportem publicznym, swobodą poruszania, cywilizacją. I w ogóle powinniśmy się zastanowić czy damy radę jechać dalej na południe. Wszystko to, co prawda nie odwiodło nas od pomysłu jechania do Mauretanii, ale wywoływało dreszcz emocji na samo wspomnienie Ad-Dachli. A teraz właśnie do niej wjeżdżaliśmy...
Najpierw zobaczyliśmy, że monotonny pustynny krajobraz ustępuje miejsca morzu po którym szaleją na swych deskach surferzy.
- Zobacz! - zawołałam zdumiona. - Miało być groźnie i dziko, a tu proszę!
- Rzeczywiście! - P był nie mniej zdziwiony. - Nie przypuszczałem, że zobaczymy tu takie obrazki. O! A patrz na to - dodał. - Tego też się nie spodziewałem.
- Ja też nie - przytaknęłam, patrząc na okolicę, w którą właśnie wjechaliśmy.

 

główna ulica Ad-Dachli

Zamiast w zabitej dechami dziurze, której najwyraźniej oboje oczekiwaliśmy, byliśmy w nadmorskim kurorcie, z piękną promenadą ciągnącą się wzdłuż brzegu. Były tu też deptaki z ławeczkami i palmami w doniczkach, kawiarnie, hotele i nawet chrześcijański kościół. Wszystko to jednak sprawiało, że jeszcze bardziej czułam, że jestem na końcu świata. Albo w jakimś innym, równoległym świecie. Nie mogłam się pozbyć tego dziwnego wrażenia przez cały czas pobytu w Ad-Dachli. Potęgowało je jeszcze to, że ludzie wyglądali tu inaczej niż w Maroku, byli zdecydowanie ciemniejsi. Co jakiś czas można też było zobaczyć, kojarzące się z pustynią, turbany i niebieskie powiewne szaty. Zaczynało być egzotycznie.

 

typowy strój mieszkańców Sahary

Znalezienie transportu do Mauretanii okazało się bardzo prostą sprawą i już następnego dnia rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw, z pomocą właściciela hotelu "Sahara", pojechaliśmy kilka kilometrów za miasto, gdzie na pustyni zbierali się ludzie podróżujący na południe.
- Mam nadzieję, że nie wszyscy tu są pasażerami. - powiedziałam niepewnie, bo tłumek wokół jedynego stojącego przy drodze auta był zdecydowanie za duży.
- Oczywiście, że nie - odparł P. - To jest przecież samochód osobowy, oprócz kierowcy może pomieścić tylko cztery osoby.
- To by oznaczało, że my nie pojedziemy, bo z tyłu siedzą już trzy kobiety. Ale z tego co wiem o Afryce, to tu się jeszcze parę osób zmieści.
- No to może cztery z tyłu - zgodził się P. - Ciebie dosadzą do tych kobiet, a ja usiądę koło kierowcy.
- Może - odrzekłam bez przekonania.
Po kilku minutach, w czasie których nasze plecaki powędrowały na dach i zostały przywiązane do całej góry znajdujących się już tam bagaży, sprawa się wyjaśniła. Kierowca, surowo wyglądający mężczyzna, ubrany w błękitną, powiewną szatę i czarny zawój na głowie, zaczął rozlokowywać pasażerów. Z przodu, na jednym fotelu zostało posadzonych dwoje ludzi - owinięta kilkoma metrami barwnej tkaniny kobieta i europejsko wyglądający pan w średnim wieku. Za nimi, w kolejnym rzędzie zmieściła się rodzina składająca się z młodego mężczyzny, jego żony i dwóch sióstr. My dostaliśmy najwygodniejsze miejsca, na tylnym siedzeniu, znajdującym się właściwie w bagażniku (samochód był typu kombi). Mieliśmy tam być tylko my i kilka miękkich paczek poupychanych dokoła nas.


trochę ciasno, ale to nic
 
- Ale nam się trafiło - powiedział z zadowoleniem P, patrząc na cztery osoby próbujące jakoś umościć się w rzędzie przed nami.
- Rzeczywiście! Nie wiem jak oni wytrzymają dwanaście godzin w takim ścisku, żeby nie wiem co robili, to i tak ktoś musi siedzieć bokiem, jednym półdupkiem tylko.
- A my będziemy mogli się nawet przespać!
- Super!
Nasza radość trwała zaledwie kilka chwil. Po około dwustu metrach nastąpił pierwszy postój - kontrola drogowa. Kierowca zebrał wszystkie paszporty i poszedł do żandarma siedzącego w zaparkowanym przy szosie samochodzie. Po chwili wrócił z wiadomością, że turyści muszą udać się do funkcjonariusza osobiście. Z trudem usadowieni ludzie zaczęli wysiadać z auta, żeby nas wypuścić. Przedarliśmy się przez wszystkie leżące wkoło nas paczki i podeszliśmy do policyjnego wozu. Żandarm w specjalnym zeszycie zapisał cel podróży i nasze zawody, po czym oddał nam paszporty i życzył szerokiej drogi. Wsiedliśmy do samochodu i z powrotem obłożyliśmy się pakunkami, a rodzina przed nami znów przeprowadziła skomplikowany proces upychania wszystkich ośmiu rąk i nóg.
- No, to rozpoczęliśmy podróż! - ledwo zdążyłam wypowiedzieć to zdanie, samochód zatrzymał się. Siedzący na przednim fotelu mężczyzna i kierowca odbyli krótką acz głośną wymianę zdań i cała polka zaczęła się na nowo. Otwarto drzwi, ludzie zaczęli wysiadać.
- Co się dzieje? - nie mógł zrozumieć P.
Po chwili wszystko było jasne. Mężczyzna z przedniego siedzenia uznał, że nie będzie się gniótł w dwie osoby na jednym fotelu. Noga mu drętwieje, drążek zmiany biegów wbija się w biodro, a my z tyłu mamy tyle miejsca! Postanowiono więc zrobić zamianę - paczki do przodu, a pan do tyłu. Tak to skończyły się nasze luksusy, ale za to zyskaliśmy niezwykle miłego towarzysza podróży. Do następnego postoju nie odzywał się, zajęty studiowaniem Koranu, ale potem już do końca podróży zabawiał nas rozmową.

 

pan czytał Koran oczywiście po arabsku

A że ten następny postój wypadł po przejechaniu mniej więcej jednego kilometra, to właściwie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że  rozmawialiśmy przez całą drogę. Kiedy tylko opuściliśmy stację benzynową, na której tankowaliśmy, Said, bo tak nazywał się ów pan, rozpoczął pogawędkę. Francuski P ogranicza się do słów "dzień dobry", "dwa" i "dziękuję", więc cały ciężar konwersacji spoczął na mnie. Już po pięciu minutach wyczerpaliśmy znane mi, łatwe tematy o naszej podróży, pochodzeniu i stanie cywilnym. Wiele więcej po francusku nie umiem, ale Said nie zraził się tym zupełnie. Maksymalnie skupiona, z dymem unoszącym się z mojego przegrzanego mózgu, wysłuchałam opowieści o zaletach islamu, ustroju Maroka i zachodzących w tym państwie demokratycznych zmianach, zalewie chińską tandetą, tkwiącej w człowieku potrzebie małżeństwa, a nawet o piosenkach Jacqua Brella. Mój udział w konwersacji ograniczał się do potakiwania w odpowiednich momentach i dorzucaniu pojedynczych słów, ale i tak po jakimś czasie czułam się kompletnie skołowana. Niewątpliwą zaletą tej sytuacji było to, że czas leciał mi bardzo szybko, ani się spostrzegłam, a już było popołudnie. Zatrzymaliśmy się na chwilę w czymś na kształt motelu, ostatnim zaludnionym miejscu Sahary Zachodniej. Wygramoliliśmy się z samochodu, rozprostowaliśmy zdrętwiałe nogi, a potem usiedliśmy przy małym stoliku, żeby napić się herbaty, którą zamówił Said.
- O Polsce nie wiem zbyt dużo - nie przerywał swej opowieści. - Ale pamiętam, że macie dobrego piłakarza, Boniek się nazywa.
- Tak, Boniek - to mój wkład w rozmowę. - Ale to było dawno.
- Pewnie, że dawno - zgodził się Said. - Polska grała z Marokiem i Boniek strzelił nam gola. Dlatego go pamiętam. Wy mieliście wtedy dobrą drużynę - dodał i zaczął krytykę rodzimych futbolistów.
Uznałam, że na ten temat powiedziałam już wystarczająco dużo, z czystym więc sumieniem ograniczyłam się do uśmiechów i kiwania głową. Saida w zupełności to satysfakcjonowało, zadowolony kontynuował swoją przemowę, aż do chwili, gdy podeszli do nas jednocześnie kelner z herbatą i kierowca z jajkami.

 

od prawej: kierowca, Said i ja

Said nalał herbatę do małych szklaneczek i rozpoczęliśmy ucztę. Jajka na twardo od naszego, jak się okazało nie takiego znów groźnego kierowcy, pity które kupiliśmy jeszcze w Ad-Dachli i miętowa słodka herbata, słowem - obiad na medal!

 Co było dalej? O tym opowiem przy następnej okazji….

4 komentarze:

  1. Z Twojego opisu podróży wieje grozą i to nie tylko ze względu na wzmożone kontrole, jakim byliście poddawani, ale także na ilość osób podróżujących jednocześnie w jednym, (wielo)osobowym samochodzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, to wcale nie chciałam, żeby wiało. To była wspaniała podróż, bardzo miło ją wspominam. A pana Saida to już przemiło wręcz! :)

      Usuń
  2. Niezła podróż, tylko rozmowa taka przyziemno-współczesna. Co się stało z dżinami, Semiramidą i wujem Tarabukiem? Odeszli w przeszłość i już nie powrócą? O nie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja francuszczyzna, że o arabszczyźnie nie wspomnę, nie pozwala niestety na wzniesienie się ponad poziom Bońka :(

      Usuń