czwartek, 13 października 2016

Obiady czwartkowe

Czytałam wczoraj książkę Harukiego Murakamiego. Jeden z głównych bohaterów, samotny młody mężczyzna, opowiadał przez telefon, co będzie robił sobie na obiad. „Mieszkam sam, więc nie szykuję nic specjalnego” powiedział, po czym wyjaśnił, że zamierza:


usmażyć suszoną barrakudę
zetrzeć rzodkiew,
ugotować zupę z porami, małżami i tofu,
przyrządzić ogórki i wodorosty wakame w zalewie octowej
i wszystko to zjeść razem z ryżem i kiszoną chińską kapustą.
Jakże to odległe od kawalerskiego serdelka z musztardą – pomyślałam najpierw. A potem przypomniało mi się, że w ogóle jeszcze nie pisałam o japońskich kiszonkach, piklach i innych dodatkach. A  przecież bez nich japońska kuchnia po prostu nie istnieje.


Przeróżne wodorosty, ogórki, rzepy i inne rośliny ukiszone, zasolone, wytaplane w paście z sake i w Bóg raczy wiedzieć czym – zjadłam tego dużo. Codziennie, każdemu daniu towarzyszyły dziwne dodatki, na ogół smaczne (czasem nawet bardzo), choć niezidentyfikowane. 

tu akurat wyjątkowo poznałam (a przynajmniej tak mi się wydaje), że jem okrę

  Kilka razy próbowałam się dopytywać  co to jest, ale ponieważ zawsze dostawałam jedną z dwóch odpowiedzi – albo zupełnie nic mi niemówiące słowo japońskie, albo cucumber, czyli ogórek – w końcu zrezygnowałam z dociekania i po prostu cieszyłam się smakiem i widokiem.

to podobno są ogórki

i to też, w marynacie z sake


tu rzeczywiście były ogórki, całkiem zwyczajne, tylko nabite na patyki i zapakowane w torebki

i nawet zachęta do spożywania była po angielsku. Należy je zjadać tak jak są, schłodzone surowe ogórki, najlepiej z odrobiną soli


Oczywiście wszystkiego spróbować się nie dało, niektóre rzeczy tylko oglądałam,

niby jest ilustracja poglądowa, ale i tak nie wiem, co to

obstawiam, że to rzodkiew

a tu i na następnym zdjęciu nawet nie próbuję zgadywać


rybie płetwy?

 inne kupiłam w prezencie znajomym i teraz czekam na recenzje, 

zielone było zapakowane w taki sam gustowny rulonik jak różowe, które nie wiem czym jest, bo nie próbowałam. Choć szczerze mówiąc, próbowanie nie ma wielkiego znaczenia - zielone jadłam, a i tak nie wiem, co to

a jeszcze inne mam w domu i testuję sobie stopniowo. Jeśli ktoś miałby ochotę na trochę japońskości to zapraszam na zieloną herbatę (bo śliwkowej nie przywiozłam) 

herbata śliwkowa ze złotym pyłem - wygląda efektownie, ale smak ma dość dziwny, lekko słonawy

i małe co nieco.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza