sobota, 17 maja 2014

Wietnamskie czasem słońce, czasem deszcz

Ulewa i wichura, która poczyniły spustoszenia na moim balkonie przypomniały mi kilka dni spędzonych w Hanoi.



Plan był zupełnie inny. Miała być wycieczka do zatoki Ha Long, mieszkanie na takiej łodzi:



okrążanie malowniczych skał,



podziwianie przyrody i obserwowanie życia toczącego się w pływających wioskach.



Niestety, okazało się, że nad Azję Południowo-Wschodnią nadciągnął huragan Damsey i nigdzie pojechać się nie da. Wszystkie firmy transportowe i turystyczne zawiesiły swoją działalność i nie pozostało nam nic innego, jak tylko przeczekać wrednego Damseya w Hanoi. Przez trzy dni nie dało się robić właściwie nic. Nawet zwiedzanie muzeów i zabytków stolicy Wietnamu było prawie niemożliwe. Dwie próby dojścia do świątyni literatury zakończyły się porażką, bo woda na ulicy zaczynała sięgać powyżej ud i brnięcie w niej przez pół miasta nie wydawało nam się stosowne. Trzeciego dnia było ciut lepiej i idąc ulicami zalanymi mniej więcej do poziomu kolan, dotarliśmy do celu, ale w takim stanie, że właściwie pamiętam z tej wycieczki głównie to, jak bardzo byłam mokra.


 
O, proszę - to jest właśnie świątynia literatury w Hanoi. A ta przemoczona sierota to ja. Na moje szczęście w czasie tych kilku dni wyobraźnia mi się nieco przyblokowała i dopiero po jakimś czasie, gdy na wysychające już ulice zaczęły wybijać ze studzienek kanalizacyjnych martwe szczury, dotarło do mnie, co mogło pływać w tej mętnej wodzie, w której brodziłam przez trzy dni...
Na szczęście nic nie trwa wiecznie i nad Wietnamem znów zaświeciło słońce.
 

 
A my pojechaliśmy podziwiać piękno zatoki Ha Long.
 

 
 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza