czwartek, 19 grudnia 2013

Obiady czwartkowe

       Kilka dni temu poszłam do mojej ulubionej indyjskiej restauracji i teraz nie mogę uwolnić się od zapachów, kolorów i oczywiście smaków tego najegzotyczniejszego kraju świata.

   Dlatego postanowiłam zaprosić Was na obiad w indyjskim stylu.
   Zanim przystąpiłam do gotowania, musiałam zapewnić sobie odpowiednie warunki do pracy. Wyciągnęłam więc z szafy amarantowo-niebieski szal, który bardzo lubię, ale noszę niezwykle rzadko, bo Warszawa niestety nie jest gotowa na przyjęcie takich barw.

szal znakomicie zasłania burość za oknem

Gotować w takim stroju byłoby raczej niewygodnie, więc powiesiłam szal na oknie w kuchni. Chwilę pobrzęczałam też indyjskimi bransoletkami, po czym ułożyłam je na stole - na tyle blisko, by na nie patrzeć, ale wystarczająco daleko, żeby brokat nie sypał się do garnków.
W odtwarzaczu umieściłam płytę z najlepszymi piosenkami z filmów Shahrukh Khana (kupiłam za gażę z Bollywood, ale o tym, jak zostałam gwiazdą opowiem kiedy indziej) i już byłam gotowa do rozpoczęcia gotowania.

Shahrukh Khan - król Bollywood

Zaplanowałam przyrządzenie dwóch dań. Po pierwsze - dal, jedna z podstawowych potraw indyjskich. Ma same zalety - łatwo ją zrobić i smakuje wybornie.
Do dalu potrzebna jest przede wszystkim soczewica. W Polsce dostępne są na ogół dwa jej rodzaje - zielona i czerwona. Ta ostatnia szybciej się gotuje i dlatego właśnie ją najczęściej stosuję.

kupiłam kiedyś w Indiach książkę z ulubionym potrawami gwiazd Bollywood - nie dość, że fajne przepisy, to jeszcze piękne zdjęcia. Scenę z filmu posypałam soczewicą - czerwona z lewej strony, a zielona z prawej

Żeby uzyskać pyszny dal trzeba soczewicę ugotować (aż się rozpadnie) z podsmażoną cebulą, imbirem, kurkumą i kminem. I to właściwie koniec przepisu. Po około półgodzinnym gotowaniu, gdy soczewica zamieni się już w papkę, należy tylko doprawić ją solą, ostrą papryką, odrobiną soku z cytryny i czym tam jeszcze nam przyjdzie do głowy.

kurkumę i kmin kupiłam u tego pana w Dżajpurze

W czasie, gdy soczewica pyrkotała sobie cichutko na wolnym ogniu, rozsiewając wkoło woń kminu, ja zajęłam się przyrządzaniem ryby w mango. Wybrałam tilapię - taki akcent ghański, bo to tam najpopularniejsza ryba. Najpierw obtoczyłam ją w mieszaninie curry i cynamonu oraz w wiórkach kokosowych.

dwie panierki do ryby

Oczywiście najlepiej byłoby wyprodukować wiórki samodzielnie. Najpierw wejść na palmę...

to zdjęcie zrobiłam na Zanzibarze, ale to nic - kokos jest kokos

a potem ususzyć i zetrzeć kokosowy miąższ. Przyznaję się  jednak, że poszłam na łatwiznę i wiórki kupiłam w osiedlowym spożywczaku. Wybaczycie, mam nadzieję.
Smażąc rybę, wdychałam sobie z lubością zapachy, bo wymieszana woń kminu i cynamonu przeniosła mnie  natychmiast na ulice Delhi. A może Bombaju...

świat indyjskich zapachów jest równie intensywny i chaotyczny jak ruch na tej ulicy w Delhi

Na szczęście powróciłam z podróży zanim wszystko spaliło mi się na węgiel. Szybko zdjęłam rybę z patelni i zajęłam się przyrządzaniem sosu. Zrobiłam go z podsmażonej czerwonej cebuli z dodatkiem cynamonu, curry i zmiksowanego mango.

w Akrze mangowe drzewo rosło tuż koło mojego okna

Z drzewa w moim ghańskim ogródku już pewnie można zrywać dojrzałe owoce, niestety w Warszawie trzeba się zadowolić mango z puszki (ma tę zaletę, że do sosu można dolać mangową zalewę).
takie mango też się nadaje

Wymieszawszy wszystkie składniki, pozwoliłam sosowi zgęstnieć i polałam nim rybę.
A potem, zadowolona z siebie owinęłam się w szal, założyłam brzęczące bransoletki i pobujałam się trochę w towarzystwie boskiego Shahrukha :)

1 komentarz: