piątek, 25 listopada 2016

Afrykański teatr życia

Godzina 19:30, zmierzch już zapadł i oświetlony żółtym światłem ulicznych latarni Dakar wygląda zupełnie jak teatralna dekoracja. A ja, mimo że stoję 30 centymetrów od pani sprzedającej z miednicy liście mięty i innych nieznanych mi roślin, pół metra od leżącej na jezdni sterty ubrań i milimetry od mijających mnie przechodniów, to czuję się jak widz w tym teatrze.



 I choć oficjalnie czekam na autobus, to o wiele bardziej zajmuje mnie obserwowanie tego wszystkiego co dzieje się dookoła.

większość, a przynajmniej spora część przystanków w Dakarze jest oznakowana

Właśnie jakiś młody człowiek przytaszczył wielki wór i odsunąwszy nas nieco, zaczął rozkładać swój kram. Na przystanku, między krawężnikiem a nadjeżdżającymi autobusami. Że jezdnia jest brudna i zapiaszczona? To nic, handlowiec rozłożył na ziemi kawałek folii i dopiero na nią wysypał zawartość wora. Na folię, na jezdnię i krawężnik oraz na kupę piachu posypały się majtki, staniki, koszulki i halki. Chłopak ani trochę nie przejął się tym, że białe fatałaszki spadły na ziemię i właśnie jakiś przechodzień nadepnął na kremowe majtki. Ponieważ sprzedawca nie okazał żadnych emocji, ja postanowiłam zmartwić się za niego.
- Kto w ogóle będzie chciał coś tu kupić? – pomyślałam i na chwilę odwróciłam się w drugą stronę, bo właśnie podjeżdżał autobus i trzeba było sprawdzić czy to nie nasz.
Kiedy minutę później znów spojrzałam na stragan z bielizną, zdumiałam się niepomiernie.  Wokół sterty bielizny stało z pięć kobiet z zaangażowaniem grzebiących w asortymencie. Młoda i bardzo szczupła dziewczyna uklękła na kupce bielizny i z triumfem wyciągnęła z samego dna wielkie białe reformy. W tym samym niemal momencie rozłożysta matrona w kolorowej bardzo wzorzystej szacie przykładała do siebie cieniutkie liliowe stringi. Obok niej kobieta w muzułmańskiej chuście i sukience bez rękawów, z dekoltem z tyłu do połowy pleców przymierzała żółty koronkowy biustonosz.
A co robił sprzedawca? Nie spoczął na laurach, o nie! Siedząc jak król na górze bielizny, niczym lasso zarzucał staniki na przechodzące obok dziewczyny, jednocześnie wykrzykując różne ajajaj i ole ole do potencjalnych klientek po drugiej stronie ulicy.
-  Vou voulez quelle ligne? – z zapatrzenia wyrwał mnie sprzedawca artykułów przemysłowych, zwijający właśnie swoje stoisko i chowający wszystko do metalowej szafy, w której towar miał przenocować. Nie wiem dlaczego, ale w pewnym momencie postanowił przerwać pracę, podejść  do nas i zadać pytanie.
- Słucham??
- Vou voulez quelle ligne? – powiedział znów pan. Przy trzeciej powtórce zrozumiałam wreszcie, że pyta na jaki autobus czekamy.
- Quarante-sept (czyli 47)– odpowiedziałam nienaganną francuszczyzną.
- A, ok – odparł pan, po czym każde z nas wróciło do swojego zajęcia – on do chowania towaru, a ja do oglądania straganu z bielizną. Tuż obok niego zatrzymał się właśnie autobus. Odległość od kół pojazdu do najbardziej wysuniętej ku środkowi jezdni koszulki równa była szerokości ludzkiej stopy, czyli akurat tyle, żeby między autobusem a straganem mogli przeciskać się ludzie. Myślicie, że sprzedawca przesunął trochę koszulkę, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo zdeptania jej? Słusznie uważacie, że nie. Po co, skoro wszyscy znakomicie się mieszczą?

zdjęcie dla spostrzegawczych - zauważyliście, że sfotografowałam tu przejście dla pieszych? I że świeci się czerwone światło?

Na autobus się nie doczekałyśmy. Po ponad trzydziestu minutach podszedł do nas jakiś chłopak i poradził, żebyśmy poszły sto metrów dalej na pętlę trójki, bo 47 coś dziś słabo jeździ. 

autobus nr 47 spotkałam następnego dnia niedaleko plaży

Tak więc czekanie na autobus nie zakończyło się sukcesem, ale co sobie pooglądałam, to moje!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz