czwartek, 27 lutego 2014

Obiady czwartkowe


Dziś tłusty czwartek, więc pewnie powinnam napisać o słodkościach, które jadłam w Indiach i Bangladeszu. O, na przykład o tych ciastkach kupionych w cukierni w Sylhet.



Myślę jednak, że dziś każdy ma wystarczająco dużo prawdziwych pączków i dorzucanie jeszcze wirtualnych, mogło by doprowadzić do mdłości. Lepiej więc napiszę o herbacie, która przecież świetnie komponuje się ze słodyczą lukru i pomaga zrobić miejsce w żołądku na kolejnego pączusia J.

                Zazwyczaj, tak w Indiach, jak i w Bangladeszu pije się słodką herbatę z mlekiem. Właściwie to nie z mlekiem, a z mleka, bowiem zaparza się ją od razu wrzącym mlekiem lekko tylko rozrzedzonym z wodą. Procedurze przygotowania takiej herbaty przyjrzałam się dokładnie w Kalkucie. Był mglisty niedzielny poranek, miasto budziło się dopiero ze snu, a ja wracałam nieco zmarznięta z kościoła Matki Teresy. Postanowiłam rozgrzać się gorącym płynem serwowanym w takiej trochę fastfoodowej ulicznej herbaciarni. Grupka klientów – złożona głównie z rikszarzy pieszych i rowerowych – rozstąpiła się grzecznie, robiąc mi miejsce na najlepszym kawałku chodnika, dzięki czemu, popijając herbatę, mogłam przyglądać się procesowi jej przyrządzania.

 
Pan herbaciarz stał w środku kręgu utworzonego z ogromnych mis i garów. W największym z nich bulgotało gotujące się mleko, w nieco mniejszym była woda, w innym zaś leżały gliniane minidoniczki, które są bardzo praktycznym i ekologicznym sposobem na jednorazowe kubeczki.

filiżanka jednorazowa - próbowałam przywieźć ją do domu, ale niestety rozpadła się w podróży
 
 
Herbaciarz chochlą wlewał parujące mleko do czajnika, dodawał odrobinę wody, wszystko to razem jeszcze chwilę gotował, a potem przez gazę wypełnioną herbacianymi liśćmi przelewał do innego czajnika, z którego napełniał gliniane filiżanki (jedna porcja 4 rupie. 61 rupii to 1 $, więc nie wiem, czy da się tę cenę wyrazić w naszej walucie). Cukier musiał być chyba w garnku z mlekiem, bo nie zauważyłam, żeby herbaciarz go dodatkowo dosypywał, a herbata, którą dostałam była bardzo słodka. Była też ciepła, a to w tamtym momencie było dla mnie najważniejsze. A przynajmniej równie ważne jak to, że mogłam sobie tam postać i popatrzeć (nie jak turysta, ale tak bardziej od wewnątrz), nie tylko jak się robi herbata, ale też, jak budzi się kalkucki dzień – wkoło wszyscy szorowali zęby, myli głowy, prali ubrania, czyścili swoje ryksze, rozkładali uliczne kramy i ogólnie szykowali się do życia.

                Wracajmy jednak do herbaty. Oprócz zwykłej ulicznej bawarki na tym wyjeździe miałam też okazję spróbowania herbat szczególnych. W Bangladeszu była to herbata siedmiowarstwowa – specjalność herbacianego regionu Srimangal.

wstrząsanie jej nie szkodzi, mieszanie pewnie tak...
 
Sposób jej przygotowania jest ściśle strzeżonym sekretem, wiadomo tylko, że wymaga dużego skupienia i precyzyjnego nalewania. Na zamówioną herbatę czeka się więc dość długo, ale warto, bo rzeczywiście wygląda wyjątkowo. Siedem różnobarwnych pasków nie miesza się ze sobą nawet podczas picia, oczywiście pod warunkiem, że nie pomieszamy w szklance łyżeczką. Warstwy oprócz  kolorów różnią się też smakiem – jedna jest cynamonowa, inna cytrynowa. I każda kolejna coraz słodsza – co jak sądzę jest warunkiem koniecznym do uzyskania efektownych pasków. Herbatę taką zamawia się określając liczbę warstw, siedem to najbogatsza wersja, ale można też kupić sobie trzy, cztery lub pięć pasków (każdy kosztuje 10 thaka. 78 thaka to 1$).

                No tak, ale miała być herbata pomagająca uporać się z pączkowym lukrem. Czyli powinna być niesłodka. Taką raczyliśmy się w herbaciarniach Dardżylingu. Piliśmy tam kilka różnych rodzajów herbat, z których najważniejszą była ta zwana „szampanem wśród herbat” (dzbanek na 4 osoby kosztował 700 rupii czyli ponad 10$!). Pani herbaciarka najpierw dała nam powąchać listki i zdecydować, czy chcemy te z pierwszego czy drugiego zbioru. Zdecydowaliśmy się na drugi, bo ma bardziej wyrazisty aromat. Herbata została wsypana do dzbanka i zalana gorącą wodą, a po trzech minutach przelana do drugiego dzbanka (dopuszczenie do nadmiernego naciągnięcia to grzech!). Następnie pani dała nam do powąchania fusy, które pozostały na dnie pierwszego dzbanka, a gdy zaakceptowaliśmy bukiet, ustawione przed nami kieliszki zostały napełnione szmaragdowym płynem.

                        szampan wśród herbat
  Wznieśliśmy toast „szampanem wśród herbat”, a potem… stwierdziliśmy, że smakuje podobnie jak sowietskoje igristoje J No cóż, pewnie na herbacie też trzeba się znać, żeby móc docenić jej jakość.

                Jedno, co mogę stanowczo stwierdzić, to to, że żadna z pitych przeze mnie w Dardżylingu herbat nie pozostawiała na filiżance czarnego osadu, jak to mają w zwyczaju robić ekspresowe herbaty kupowane w Polsce. I że w żadnym specjalistycznym lokalu nie podano nam płynu czarnego jak smoła. Gdybym zaparzyła moim rodzicom taką herbatę, to powiedzieliby – co to za lura! A okazuje się, że tak właśnie trzeba. O, sami popatrzcie.


na tym zdjęciu są prawie wszystkie kolory herbaty - biała, zielona i czarna. Tak, czarna też!
  
PS: Ile już zjedliście pączków?

2 komentarze:

  1. W sprawie herbaty w ulicznej herbaciarni w Kalkucie i tego, czy cukier już był w mleku. A może mleko było zagęszczone słodzone z puszki?? Taki sposób przygotowywania herbaty widziałam w Birmie. Teraz nawet sprawdziłam na zdjęciach i widzę tam puszki z mlekiem :-) Herbata bardzo mi smakowała, mimo że nigdy nie znosiłam bawarki. Ale ta była mocna i ze słodkim zagęszczonym mlekiem, więc zupełnie inna od tych serwowanych w przedszkolu :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to było zwykłe mleko. bulgotało się w wielkim garze, rzadkie, wrzące, z kożuchami :)

      Usuń