czwartek, 2 kwietnia 2015

Obiady czwartkowe

Za kilka dni święta, przed nami czas polewania wielkanocnych bab i mazurków czekoladową polewą. Postanowiłam więc zabrać Was dziś na plantację kakao i opowiedzieć o tym, jak z owoców takiego krzewu:


powstaje brązowy proszek niezbędny do stworzenia pysznej czekolady.
Na Kubie kakao uprawia się tylko w jednym rejonie, w okolicach  Baracoi, o której pisałam już trochę przedwczoraj. Przy głównym deptaku miasta znajduje się  Casa de chocolate, w której można napić się gorącej czekolady oraz zdobyć wiedzę na temat  uprawy  kakao.

na ścianach oprócz "kakaowych" obrazów wiszą tablice informacyjne

Otóż krzewy kakaowców rosną właśnie na północnym wschodzie wyspy, ponieważ tylko tam mają tak dobre warunki, odpowiedni rodzaj gleby, wilgotność powietrza i deszcze padające przez 173 dni w roku. Toż to prawie co drugi dzień!  No proszę, a nam udało się spędzić w Baracoi kilka dni właściwie bezdeszczowych (bo padania w nocy nie liczę).  No, ale wracam do kakao, bo nie o moim szczęściu do pogody miało przecież być.
W mieście można poznać teoretyczną stronę uprawy kakaowców i skosztować ostatecznego efektu przetwórstwa ich owoców, żeby zdobyć wiedzę bardziej praktyczną, pojechaliśmy na plantację.

takie przypominające więźniarki samochody służą w wielu miastach jako autobusy, my pojechaliśmy nim na plantację

Owoc kakaowy, żeby dorosnąć potrzebuje około 6-7 miesięcy. Po takim czasie staje się duży mniej więcej jak piłka do rugby, twardy na zewnątrz oraz mięciutki i kwaskowaty wewnątrz. 

kakao prosto z krzaka

Zdziwieni? Ja muszę przyznać, że spróbowawszy białego, lekko żelowatego miąższu kakaowego byłam mocno zdumiona. Okazuje się, że cenne nasionko otulone jest taką pianką, która ma bardzo dobry, orzeźwiający smak. I dopiero kiedy się ją wyssie i wyżuje dociera się do twardej kakaowej pestki. Miąższ ten jest na tyle dobry, że przez jakiś czas zastanawiałam się nad tym, dlaczego nie sprzedaje się po prostu całych owoców, do jedzenia na surowo. W końcu doszłam do wniosku, że pewnie czekoladowe nasiona są zbyt drogie i nie opłaca się ich oddawać jako dodatek do miąższu. Ale może się mylę, wiecie coś na ten temat?
Wydobyte z owocu nasiona nie są jeszcze gotowe, żeby stać się czekoladą muszą przejść kilkuetapowy proces przygotowania. Najpierw poddawane są fermentacji (6 dni), 

po fermentacji 

potem suszeniu na słońcu (7 dni), a w końcu wypalaniu. 

po suszeniu i wypaleniu (na tym zdjęciu wyglądają trochę jak robaki, w naturze prezentują się lepiej)

Uzyskane w ten sposób ciemne nasiona miele się



 i zbija na przykład w taką kulę:


 albo formuje tabliczki stuprocentowego kakao (które nie smakują najlepiej, bo są okropnie gorzkie).



Mieszkańcy Baracoi najbardziej lubią napój przyrządzany z kakao, mąki bananowej i cynamonu, ja jednak zdecydowanie wolę tradycyjną gorącą czekoladę (z rumem lub bez).
Po zapoznaniu się z – przyznacie – dość skomplikowanym procesem wytwarzania kakao, pojechaliśmy oglądać inne atrakcje, 

szkoła podstawowa nad jedną z wielu zatoczek. To chyba najlepsza szkoła świata w kategorii widok z okna :)

ale ja nie przestawałam się zastanawiać, jakim cudem człowiek wpadł na pomysł, że z jakiegoś owocu można uzyskać czekoladę. No bo pomyślcie, 3500 lat temu, siedzieli sobie Olmekowie koło krzaczka i patrzyli na różowy, duży i twardy owoc.
 Że zerwali, rozłupali i zjedli – rozumiem. 



Że rozgryźli twarde nasionko – też sobie wyobrażam. Że było gorzkie i niesmaczne, więc odrzucili je gdzieś na stertę kompostu i tam sobie sfermentowało – no fajnie, ale co potem? Spalali śmiecie i niechcący upiekli też te nasiona? I co, żal im się ich zrobiło i postanowili jakoś wykorzystać, więc roztłukli na proszek i zalali wrzątkiem? Ratunku!!


A jednak jakoś na to wpadli i kiedy Krzysztof Kolumb dopłynął do dzisiejszego Hondurasu, to dostał w charakterze cennego daru nasiona kakao, niezbędne do przyrządzania „napoju bogów”.  Doprawdy, niepojęty jest ludzki umysł…

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza