środa, 1 kwietnia 2015

Krzysztofa Kolumba przypadki

Opisując Kubę, nie można oczywiście pominąć tematu Krzysztofa Kolumba i jego odkrywania Ameryki, zwłaszcza, że wyspa jak wulkan gorąca była jednym z pierwszych miejsc, do których dotarła europejska ekspedycja. 


Zupełnie najpierwszy był Salwador. W  książce (Jakow Swiet, Kolumb, PIW 1979), znalezionej w mojej osiedlowej bibliotece, chwila, w której marynarz „Pinty”, Juan Rodriguez Bermejo, zawołał „¡Tierra, tierra!” opisana jest tak:
„Godzina druga po północy, 12 października 1492 roku. W Sewilli godzina siódma rano, dziewiąta w Stambule i Moskwie, dziesiąta w Kazaniu i Astrachaniu. Stara Europa z wolna budziła się, odprawiała msze, jutrznie i poranne namaszczenia, nie wiedziała jeszcze, iż odkryta została pierwsza ziemia Nowego Świata, o której pojęcia nie mieli biblijni prorocy i aleksandryjscy geografowie.”

ocean u wybrzeży Nowego Świata ma wielką moc

Potem też jest ciekawie, choć mniej przyjemnie, bowiem jedną z pierwszych rzeczy, które zlecił Krzysztof K. było wykonanie dokumentu stwierdzającego, że od 12 października 1492, od godz. 10 rano, nowo odkryty ląd staje się własnością królowej Izabeli i króla Ferdynanda (czy Wam też zaczyna się otwierać scyzoryk w kieszeni?).  Następnie, jak na porządnego Europejczyka i bogobojnego chrześcijanina przystało, Kolumb oszukał wodza tubylców. Poprosił go o siedmiu przewodników, którzy mieli wskazać drogę do sąsiednich wysp. W rzeczywistości zamierzał ludzi tych zabrać do Hiszpanii, bowiem stwierdził, że będą te „żywe osobliwości” interesujące dla Ich Wysokości (scyzoryk otworzył się zupełnie i mam teraz dziurę w kieszeni).
Nieświadomi jego niecnych planów tubylcy sami przypływali do europejskich statków, niosąc w darze jedzenie i napoje dla „wysłanników niebios” brrrr! Z siedmiu uwięzionych przez Kolumba ludzi dwóm udało się zbiec, jeden został tłumaczem i wziął udział w kolejnych wyprawach, pozostali zaś dość szybko umarli.
W niecałe dwa tygodnie po odkryciu Salwadoru, statki Kolumba dopłynęły do brzegów Kuby. 

prawdopodobnie gdzieś w tej okolicy zszedł na ląd pierwszy Europejczyk

Nie wiadomo dokładnie, gdzie to było, jak zwykle bywa w takich przypadkach, mieszkańcy wielu miejscowości twierdzą, że to właśnie u nich miało miejsce historyczne wydarzenie. Jednym z nich jest miasto Baracoa, leżące na północno-wschodnim krańcu wyspy. Do historycznych opisów pasuje nie tylko położenie geograficzne miejscowości, ale też to, że do dziś okolice Baracoi uznawane są za najpiękniejsze na całej Kubie, a wiadomo, że Kolumb zachwycił się pejzażem, który ujrzał przybijając do brzegu Królowej Karaibów (myślał co prawda, że to posiadłości Wielkiego Chana i wysłał nawet w głąb lądu znawcę języka arabskiego i chaldejskiego z listami od hiszpańskich władców, ale to nie umniejsza jego zachwytu).


Pływając po zatoczkach, jakich wiele jest w okolicach Baracoi, dużo myślałam o Krzysztofie Kolumbie. Jak to było, kiedy ze wzburzonego oceanu wpłynął na spokojne wody takiej zatoki? Najpierw popatrzył przed siebie i się zachwycił. A potem? Co prawda widoki wkoło były cudne, ale przybić do rajskiego brzegu nie było łatwo, z jednej strony mangrowce, 


z drugiej skały. 


I jak tu wyjść na ląd? Sternik mojej łódki wiedział, w którym miejscu znajduje się plaża, ale Kolumb nie miał takiej wiedzy. Ciekawe czy się denerwował, lękał, że będzie musiał zawrócić?  

i weź tu człowieku zgadnij, gdzie jest plaża

Może pomogli mu ci tubylcy, których wiózł jako dziwowisko dla królewskiej pary? Pewne jest, że w końcu przybił do brzegu i w imieniu hiszpańskich władców przywłaszczył sobie wyspę. Kazał też postawić krzyż, który dziś można oglądać w kościele w Baracoi. 

krzyż miał pierwotnie 2 m wzrostu, czyli dwa razy więcej niż teraz, ale wielu podróżników chciało mieć pamiątkę i zostało z niego tylko tyle. Dlatego końcówki okuto srebrem, żeby już nie kusiły.

Naukowcy przebadali drewno, z którego zrobiono krzyż i orzekli, że jeśli chodzi o jego wiek, to wszystko pasuje, ma tyle lat, ile mniej więcej miałby dziś Kolumb (gdyby żył). Jednak nie jest to drewno hiszpańskie, tylko kubańskie, co dla niektórych stanowi dowód na to, że opowieść o krzyżu jest nieprawdziwa. Według mnie jednak to niczego nie dowodzi, przecież Kolumb mógł kazać ściąć rosnące gdzieś w pobliżu drzewo i zrobić z niego krzyż. Wydaje mi się nawet, że byłoby to rozsądniejsze niż wiezienie krzyża z Hiszpanii, prawda?
Przed wejściem do najważniejszego w Baracoi kościoła - chyba jako efekt przedziwnego poczucia humoru - stoi niewielkie popiersie indiańskiego wodza, pierwszego, który zbuntował się przeciw hiszpańskim najeźdźcom. 

wódz miał na imię Hatuey

Został on pojmany przez żołnierzy Diego Velazqueza i skazany na spalenie na stosie. Jak głosi legenda, mógł uratować życie, przyjmując chrzest. Kiedy złożono mu tę propozycję, wódz spytał:
- Jeśli zostanę chrześcijaninem, to  pójdę do nieba?
- Tak – odparł hiszpański ksiądz.
- I spotkam tam innych chrześcijan?
- Oczywiście.
- Wobec tego wolę śmierć niż chrzest!

Tak to wielka historia zawitała do małej Baracoi, miasteczka, które bardzo polubiłam i dlatego opiszę je Wam oddzielnie, w następnym poście. Prawda, że już się nie możecie doczekać? J


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza