środa, 8 kwietnia 2015

Baracoa

O Baracoi już pisałam, ale ponieważ jest to nie tylko jedno z ładniejszych miejsc na Kubie, ale też najstarsza europejska osada na wyspie, więc pozwolicie, że i tym razem będzie o tym miasteczku. Założone zostało przez Diego Velázqueza w 1511 roku w trudno dostępnym miejscu oddzielonym od reszty kraju pasmem gór Sierra Cristal. 

 rok 1511 jest chętnie wspominany przez barakoańczyków i często stosowany do nazywania hoteli i restauracji

Położenie stanowi o turystycznej atrakcyjności regionu, cudzoziemcy zatrzymują się w Baracoi na kilka dni, żeby popływać w oceanie, pochodzić po górskich szlakach, poznać bujną florę i faunę tamtych stron.
Kiedyś nie było jednak łatwo się do Baracoi dostać. Do czasów rewolucji możliwe to było właściwie tylko od strony morza. 

a ocean w tamtych okolicach nie jest łagodny jak owieczka

Dopiero w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia poprzez góry poprowadzono szosę, którą nazwano „La farola”, co można tłumaczyć jako  „latarnia morska” albo „kandelabr”.



Skorzystaliśmy i my z tych zdobyczy rewolucji i górskimi serpentynami pojechaliśmy do Baracoi. 


Sierra Cristal

Po szalenie hałaśliwym, spowitym obłokami spalin Santiago de Cuba, małe nadmorskie miasteczko wydało mi się istnym cudem. Uliczki tu węższe, domy niższe niż gdzie indziej, 


a dzięki temu, że głównym środkiem transportu są konne taksówki, jest też dużo ciszej i mniej smrodliwie.



Spędziliśmy w Baracoi raptem 3 dni, ale w takim małym miasteczku to wystarczyło, żeby być rozpoznawanym przez właścicieli restauracji, muzyków grających gorące kubańskie rytmy, 



sprzedawców pamiątek a nawet innych turystów, których spotkaliśmy na plantacji kakao czy w barze. Zrobiło się tak jakoś miło i zupełnie nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. No ale jak ktoś zamierza w dwa tygodnie zobaczyć wszystko, co ciekawe na wyspie mającej prawie 111 tys. km² powierzchni, to sam sobie winien. To największa wada podróżowania ograniczonego krótkim czasem, ciągle trzeba pędzić na złamanie karku. 

jeden ze skwerów w Baracoi

Za każdym razem po powrocie do domu obiecuję sobie, że następny wyjazd będzie już inny. Będę chodzić bez celu i spędzać długie godziny na przypatrywaniu się życiu. 

przy tej uliczce mieszkałam

Będę stać pod oknami, mieszkającego tuż nad oceanem skrzypka, który o zachodzie słońca, ubrany jedynie w kanarkowe bokserki, gra nie tylko dla siebie, ale też i dla mnie…
Tak sobie obiecuję i co? Potem biorę do ręki przewodnik, włączam komputer i do programu następnej wyprawy dorzucam kolejne punkty. No bo jakże to, być na Kubie i nie pojechać do Trynidadu, Guantanamo, Santiago itp. itd. itp…

domy w Baracoi są mniejsze niż gdzie indziej, ale równie kolorowe


W ogóle się nie uczę na własnych błędach, słowo daję! No ale Wy nie musicie popełniać moich błędów. Dlatego, kiedy pojedziecie na Kubę, zatrzymajcie się na dłużej w Baracoi. 

o, możecie zamieszkać na przykład w tym domu otoczonym bananowcami, u Igmara i Yennis
(igmar.lobaina@yahoo.com)

Warto nie tylko dlatego, że jest tam ładnie i przyjemnie, ale też ze względów kulinarnych. Tamtejsza kuchnia różni się nieco od ogólnokubańskiej. Więcej w niej mleka kokosowego, które potrafi każde danie przekształcić w delikates, są gatunki ryb specyficzne jedynie dla Baracoi, a poza tym, wszystko jest znacznie tańsze niż w innych miejscach.  Bardziej szczegółowo opiszę kuchnię regionu Oriente jutro, w obiadach czwartkowych. Zatem, do jutra!


to też Baracoa

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza