sobota, 19 października 2019

KrajKuchnia - Bahrajn


Bahrajn to malusieńki kraiczek, którym mało kto się interesuje. Jednak pod względem kulinarnym to miejsce bardzo ciekawe. Kuchnia arabska naznaczona indyjskimi wpływami i bogata w dary morza – dla mnie to zestaw idealny.


Z radością zatem przystąpiłam do produkcji machboos rubyan (pisownia angielska, nie wiem, jak to powinno być po polsku). Przygotowanie tego dania wymaga użycia osiemnastu składników, w tym suszonych cytryn, szafranu i wody różanej. 

to tylko część potrzebnych składników

Wiem, że dla normalnych ludzi brzmi to przerażająco, ale ja najbardziej na świecie lubię gotować właśnie takie potrawy. Uwielbiam dosypywanie i dorzucanie przeróżnych przypraw. Najpierw szczypta kurkumy, potem kawałek kory cynamonu, kilka ziaren ziela angielskiego, odrobina nitek szafranu, trzy goździki i dwa nasiona kardamonu – no po prostu bajka! Nie dość, że czuję się jak magik potrafiący wyczarować coś wspaniałego, to jeszcze cała kuchnia napełnia się zapachami, które jak nic innego przywołują wspomnienia. Takie właśnie gotowanie ma dla mnie prawdziwy sens.
A jak wyszło mi czarowanie bahrańskiego dania?
Najpierw przetrząsnęłam wszystkie szafki w poszukiwaniu suszonej cytryny. Kilka sztuk przywiozłam sobie już jakiś czas temu z Bliskiego Wschodu, nie bardzo wiedząc do czego takie twarde kule można użyć. W naszej kuchni raczej do niczego, ale już do dań irańskich mogą się przydać. A dziś okazało się, że także do bahrańskich.
Szczęśliwie znalazłam jeszcze dwie cytryny, więc wystarczyło dokupić krewetki i można było się brać za gotowanie.
Najpierw do garnka z wodą wrzuciłam cebulę, cynamon, kurkumę i liście laurowe. 


Gdy taki rosołek zaczął bulgotać, dodałam sok z cytryny i kilka całych krewetek oraz wszystkie ogonki. Całość zostawiłam na małym ogniu pod przykryciem na 10 minut.
W innym rondlu podsmażyłam czosnek z kolendrą, a potem z pomidorami, wodą różaną i suszoną cytryną. Gdy to wszystko się zagotowało, dorzuciłam zezłoconą w jeszcze innym rondelku cebulę, szafran, wsypałam ryż i wlałam płyn z pierwszego garnka (przecedzony, żeby potem krewetkowe ogonki nie zgrzytały w zębach).


Całość gotowałam powoli, aż ryż wchłonął płyn i stał się miękki.
W międzyczasie na zupełnie nowej patelni usmażyłam krewetki. Na oliwie, z solą i pieprzem.


Zmęczyliście się już? To dobrze, bo właśnie kończymy. Zostało tylko wyłożyć na talerz ryż i krewetki i posypać natką. No i oczywiście zjeść, zachwycając się aromatem i smakiem. Chyba trzeba pomyśleć o wyprawie do Bahrajnu!


A następnym razem spotkamy się w Bangladeszu. Zapraszam!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza