wtorek, 10 lipca 2018

Jaki jest Pekin?


Pekin – stolica trzeciego co do wielkości i najludniejszego kraju świata, miasto 32 razy większe od Warszawy, zamieszkane przez ponad 20 milionów ludzi, którego historia sięga tysiąca lat p.n.e. Czy można je poznać w tydzień, nawet jeśli to solidny, dziewięciodniowy tydzień? Oczywiście nie. O czym więc ja biedna mam teraz pisać?



Wszystko co wyczytałam i wysłuchałam o Pekinie przed wyjazdem potwierdziło się i nie potwierdziło jednocześnie. Był i szary smog


 i błękitne niebo, blokowiska i piękne zielone zakątki.


 Chińskie wyroby przerażały kiczowatością 

buty-ryby

i zachwycały precyzją wykonania oraz szlachetnym wyglądem. 

1 juan to ok. 60 gr

A Chińczycy byli krzykliwi i niechętni cudzoziemcom a także pomocni i bardzo życzliwi. A do tego wysocy!

a przede wszystkim było ich bardzo wielu

Nawet 9 milionów rowerów było i nie było, bo dużo widziałam zaparkowanych rowerów miejskich, 


ale po ulicach jeździło stosunkowo niewielu rowerzystów. Znacznie bardziej wryli mi się w pamięć motocykliści i elektryczne bezszelestne skutery, które ze sto razy próbowały mnie przejechać.
Gdybym jednak musiała wymienić trzy cechy Pekinu, odróżniające go od innych znanych mi miast, byłyby to barierki uliczne, brak świątyń i gigantyzm.

Z taką uliczną barierkomanią nie spotkałam się jeszcze nigdy w życiu. 


Praktycznie każda ulica wygląda tak: chodnik – barierka – ścieżka rowerowa – barierka – pas jezdni – barierka – pas jezdni – barierka – ścieżka rowerowa – barierka – chodnik. Przejście nie po pasach jest niewykonalne. Pewnie dzięki temu, mimo intensywnego ruchu, jest podobno niewiele wypadków samochodowych. A że życie pieszego łatwe nie jest? Tym nikt się w Chinach nie przejmuje. Co z tego, że żeby dojść do placu Tian’anmen, widocznego jak na dłoni i oddalonego ode mnie o 50 metrów, 

niby blisko...

musiałam pokonać dwa przejścia podziemne, dwa razy prześwietlić torbę (standardowa procedura przy wejściu do metra, które było jedyną możliwością przejścia na drugą stronę ulicy i dodatkowe sprawdzanie przy zbliżaniu się do placu i mauzoleum Mao) oraz okazać paszport i wizę. Ważne, że jest porządek, a obywatele oraz zagraniczni goście są troskliwie zaopiekowani. Teraz tylko muszą zostawić bagaże i wszelkie groźne przedmioty typu aparat fotograficzny i już mogą udać się do miejsca kultu. 

przechowalnia bagaży po drugiej stronie ulicy

Zarówno internetowe, jak i papierowe źródła ostrzegały, że żeby dostać się do mauzoleum Mao Zedonga trzeba odstać kilka godzin. 



Być może kiedyś tak było. Potwierdzają to ustawione wężowato barierki, między którymi mogłaby się wić kilometrowa kolejka oraz porządkowi z megafonami mający chyba za zadanie popędzanie zbyt wolnych turystów. Ponieważ jednak ludzi jest niewielu, krzyczą właściwie sami do siebie. Ale że zamiast marnować kilka godzin na stanie w pełnym słońcu w prawie czterdziestostopniowym upale, dostałam się do mauzoleum w kilka minut, narzekać nie będę. Zdziwię się tylko trochę. Nie kolejnej bramce magnetycznej, przez którą musiałam przejść i nie postaci w szklanej trumnie (wydaje mi się dość prawdopodobne, że to figura woskowa, zwłaszcza, że podobno po śmierci przywódcy grupa specjalistów odpowiedzialnych za uwiecznienie jego ciała, odbyła wycieczkę do muzeum Madame Tussaud). To co mnie zaskoczyło, to autentyczny szacunek z jakim Chińczycy odnoszą się do Mao. 

główna brama do Zakazanego Miasta

Rok temu miałam okazję odwiedzić mauzoleum Lenina i było to zupełnie inne doświadczenie. W kolejce pod murem Kremla stali głównie turyści, dla których zabalsamowane zwłoki wodza rewolucji były jakąś cudaczną atrakcją turystyczną. Natomiast w Pekinie zobaczyłam ludzi autentycznie przejętych możliwością pokłonienia się przewodniczącemu Mao. Bardzo dużo osób kupowało przy wejściu bukiety żółtych chryzantem i składało je u stóp pomnika, który znajduje się w pierwszej sali mauzoleum. Do drugiego pomieszczenia – tego ze szklaną trumną – wchodzili już z pustymi rękami, by przez około 30 sekund nabożnie popatrzeć na woskową twarz Mao Zedonga.

To chyba dobry moment, by przejść do drugiej cechy charakterystycznej Pekinu. W tym mieście praktycznie rzecz biorąc, nie ma żadnych świątyń. To znaczy są zabytkowe, użytkowane niegdyś przez cesarzy, ale funkcjonują na zasadzie muzeum. 

jedna z bardzo nielicznych świątyń - wejście biletowane

Natomiast takich zwykłych osiedlowych świątyń parafialnych czy przyulicznych kapliczek zupełnie brak. Jedyny normalnie działający kościół, jaki widziałam był chrześcijański, czyli należał do religii raczej niszowej. 


Przewodnik Lonely Planet podaje, że 80% mieszkańców Pekinu jest ateistami i to najwyraźniej prawda. A jak się to łączy z czcią oddawaną Mao Zedungowi? Ano tak, że religijność jest wpisana w naturę człowieka i do kogoś się modlić musi…

pamiątki czy dewocjonalia?

Trzecią cechą charakterystyczną stolicy Chin jest ogrom. Wszystko tu jest wielkie – gigantyczne blokowiska, ulice jeszcze szersze niż w Moskwie i odległości rujnujące turystom optymistyczne harmonogramy. 


Patrząc na mapę zaplanowałam miły krótki spacer przez hutongi


 do niedalekiej Świątyni Nieba.



Okazało się jednak, że do miejsca, które na papierze znajdowało się tuż koło naszego hostelu, w rzeczywistości idzie się półtorej godziny. Następnego dnia wymyśliłam zwiedzanie Letniego Pałacu, Ogrodu Botanicznego, Muzeum Policji i jeszcze zahaczenie o Silk Market. I choć rano wszystko zaczęło się zgodnie z planem, to o 18:00 wciąż miałam niezrealizowany punkt pierwszy, a bramy prowadzące do parku otaczającego Letni Pałac już zamykali. 

obejście całego jeziora zajmuje wiele godzin

Pekińskie rozmiary stanowczo mnie przerosły.

A jak wielkość przekłada się na jakość? O tym napiszę następnym razem. Do zobaczenia!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza