wtorek, 2 sierpnia 2016

Tylko we Lwowie

Lwów to miasto ze wszech miar godne wizyty – gród szlachetny, z bogatą historią, zabytkami, miejscami związanymi z wieloma sławnymi ludźmi. Można długo pisać o Uniwersytecie, 



cmentarzu Łyczakowskim, 

to wcale nie jest najstarszy nagrobek na cmentarzu Łyczakowskim

XV, XVI i XVII-wiecznych kościołach, 

katedrę zaczęto budować już w XIV wieku, ale potem tyle razy ją przebudowywano, że można ją pokazywać jako przykład kościoła dowolnie starego 

pomniku Mickiewicza… 


Jednak to co sprawia, że po pierwszym pobycie we Lwowie ma się chęć na drugą wizytę, a kiedy się z niej wróci, to człowiek natychmiast planuje kolejną, jest niełatwe do opisania.  To coś chowa się w bujnej zieleni wijącej się wokół fantazyjnych balustrad balkonów,


 czai się na podwórkach. 


Jest w minionym blasku hotelu Żorż


i w odzyskanym lśnieniu krzyży kościołów i cerkwi. 


Lwów działa na mnie z siłą znacznie silniejszą niż to co czułam na ulicach Wiednia, Paryża, Londynu. Nie wiem czy chodzi o malownicze zaułki z przytulnymi kawiarniami, 


o starszych panów grających w szachy koło Opery, 

szkoda, że już zapomniałam jak się gra w szachy...

pomieszanie starego z nowym, pięknego z brzydkim, 


światowego ze swojskim. Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne, kiedy w Warszawie patrzę na małe dzieci nie dzieje się nic. Natomiast  w parku koło Lwowskiego Uniwersytetu Medycznego 


zobaczywszy starszego pana z chłopczykiem w krótkich porciętach i z małym plecaczkiem na plecach, to – choć nigdy nie byłam nawet podobna do żadnego chłopczyka – poczułam jakby czas cofnął się do lat mojego dzieciństwa. Inny park, inne dziecko i inny dziadek, a jednak wszystko jakieś takie podobne. No a kiedy starszy pan się odezwał i okazało się, że rozmawia z wnukiem po polsku, to już nijak nie mogłam odpędzić obrazu mojego dziadka Jasia, pokrojonych w ćwiartki jabłek do zjadania się na spacerze i chusteczki, którą najpierw trzeba było przetrzeć huśtawkę, zanim posadziło się na niej ukochaną wnusię.
Ha! W ten nieco pokrętny sposób udało mi się chyba rozszyfrować  tajemnicę Lwowa. Ja się tam po prostu czuję jak w domu. Takim ze wspomnień. Nawet niekoniecznie moich, ale też moich rodziców, dziadków i cioć rozmaitych. Przedwojenne babcine opowieści wymieszane z moją pamięcią PRL i połączone z zaśpiewem kresowej polszczyzny składają się na to coś, co przyciąga, wabi i oplata mnie niczym dzikie wino pnące się po wielu lwowskich kamienicach.


Dlatego też, zanim napiszę to, na co być może czekacie i czego się spodziewacie po wpisie o Lwowie, pozwoliłam sobie na taką odrobinę sentymentalizmu. 



Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ostatecznie to stojący w samym centrum miasta wieszcz Adam, powiedział, że „czucie i wiara silniej mówi do mnie...”.



Zanim więc opiszę wszystko, co może zainteresować turystę zwiedzającego Lwów, pokażę Wam kilka widoków, które zapadły w pamięć moją i mojego fotoaparatu.


kawiarnia połączona z muzeum pocztówek lwowskich


a tu apteka połączona z muzeum farmacji



a tu ewentualny wydźwięk polityczny zupełnie niezamierzony

Na koniec mam jeszcze do Was prośbę. Może ktoś mi wytłumaczy, jak oni to zrobili?!

obie osoby są jak najbardziej żywe, ruszały się cały czas. I od żadnej strony nie było widać żadnej podpórki, deseczki, liny ani w ogóle niczego!


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza