środa, 4 maja 2016

Jaki jest Laos? cz. 2

Jaki jest Laos? Po drugie tajemniczy i zadziwiający. Przed przyjazdem do tego kraju nie wiedziałam o nim prawie nic. Nie udało mi się znaleźć właściwie żadnej literatury mu poświęconej, w internecie też praktycznie nic nie ma. Przeczytałam więc ogólne informacje w Wikipedii i pojechałam z nadzieją, że na miejscu wzbogacę wiedzę o kulturze, historii itd.



Okazało się jednak, że nie jest to takie łatwe. Pierwszy podstawowy problem polega na tym, że Laotańczycy prawie w ogóle nie mówią po angielsku. I nie chodzi mi tu już o jakieś wyrafinowane opowiadanie o zwyczajach swojego regionu czy o historii kraju. 

Laotańczyk

Ze zdecydowaną większością spotkanych przeze mnie ludzi nie mogłam się porozumieć nawet na poziomie pytania gdzie jest toaleta. W pewnym przydrożnym barze, po moich próbach wytłumaczenia na różne sposoby, o co mi chodzi, na twarzy właścicielki pojawił się wyraz zrozumienia. Zrobiła kilka kroków w lewo (a ja za nią, bo myślałam, że prowadzi mnie do toalety) i sięgnęła po gumę do żucia, którą podała mi z wyraźnym zadowoleniem. Nieporozumienie wyjaśniło się dopiero, gdy zaprezentowałam pani niedwuznaczną pantomimę, ilustrującą to, co zamierzałam zrobić w miejscu, którego szukałam.

u pani można było kupić między innymi takie kwiatki, które służą nie wiadomo do czego (podejrzewam, że dodaje się je do zupy, ale to wyłącznie moje domysły)

Podobnie było prawie wszędzie. Nawet takie – wydawałoby się – międzynarodowe słowa jak parking czy coffee, wywołują u Laotańczyków jedynie bezradny uśmiech na twarzy.
Oczywiście zdarzyło się spotkać ludzi mówiących trochę po angielsku. Ale i wtedy pogłębianie wiedzy o ich kraju nie było łatwe. Chyba z pięciu osobom zadałam pytanie – kim jest człowiek widniejący na wszystkich laotańskich banknotach? 


Odpowiedź była zawsze taka sama – nie wiem. Jedna osoba zaryzykowała stwierdzenie, że to chyba były prezydent, ale szybko dodała, że nie ma pewności. Dopiero z pewnego polskiego blogu dowiedziałam się, że powodujący zamieszanie w moim portfelu pan (występowanie na wszystkich nominałach nie ułatwia wyszukiwania właściwego banknotu), to Kaysone Phomvihane, który rządził Laosem przez prawie 20 lat, najpierw będąc premierem, a ostatnie dwa lata życia jako prezydent.  Trochę to dziwne, że twarz kogoś takiego pozostaje nierozpoznawalna, ale może należy po prostu zazdrościć Laotańczykom – polityka najwyraźniej nie stanowi głównego przedmiotu ich zainteresowania.
Próby odtajnienia nieco wizerunku Laosu doprowadziły mnie do Muzeum Narodowego w Wientianie. 

dziedziniec przed Muzeum Narodowym

Ale i ta wizyta niewiele pomogła. Obejrzałam tam jeden z tysięcy kamiennych dzbanów, które od ponad 2 tysięcy lat leżą na rozległym obszarze płaskowyżu Xiangkhoang. 

kamienne naczynie jest tylko trochę mniejsze od dorosłego człowieka

Dlaczego? Po co? Kto je zrobił? Do czego służyły? Nie wiadomo. Jedni uważają, że były to urny grobowe, inni twierdzą, że z wielkich dzbanów popijały sobie olbrzymy zamieszkujące niegdyś te okolice. Stuprocentowej prawdy nie zna nikt. Mnie nie udało się odwiedzić Równiny Dzbanów (ten nieustanny brak czasu…), ale i jedno kamienne naczynie, które obejrzałam w muzeum wystarczyło, by stwierdzić, że historia jest dziwna i tajemnicza.
Do spraw dziwnych zaliczyłam też ekspozycję wyrobów ze złota. To znaczy, co do samych przedmiotów to nie mam zdania, bo nie udało mi się ich zbyt dokładnie obejrzeć, ale sposób prezentacji zdumiał mnie oraz rozbawił. Sami popatrzcie:



Tak więc choć nie wzbogaciłam nadmiernie wiedzy, to wizytę w muzeum zaliczam do udanych. Jak i cały pobyt w Laosie – wciąż nie wiem o tym kraju zbyt wiele, ale z czystym sumieniem polecam każdemu wyprawę do Królestwa Miliona Słoni.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza