wtorek, 5 kwietnia 2016

Podróży dzień powszedni

Wstaliśmy o świcie i o 7 rano opuściliśmy hotel w Pongsali. Na dobry początek młody recepcjonista poinformował nas, że w mieście nie funkcjonują żadne taksówki ani tuk tuki i że do dworca autobusowego (3 km pod górę) musimy iść pieszo. 


Pongsali to główne miasto regionu północnego, dlatego znajdują się tam różne urzędy i komitety partii

Postanowiliśmy jednak nie poddawać się i sprawdzić okolice bazaru. I rzeczywiście, stał tam jeden tuk tuk, w którym siedziały dwie młode dziewczyny z walizkami. Niestety na wszelkie słowa typu: autobus, bus, dworzec itp. Uśmiechały się bezradnie – ich angielski nie pozwalał na nawiązanie nawet najbardziej podstawowego porozumienia.
Poszliśmy zatem 50 metrów dalej do biura podróży, które poprzedniego dnia organizowało nam trekking (pisałam o nim tu). Było to bardzo dobre posunięcie. Właściciel biura akurat stał przed budynkiem i mył samochód. Bez namysłu zaproponował, że podwiezie nas na dworzec.
Dzięki temu byliśmy na miejscu już o 7:30 i mogliśmy wybrać sobie miejsca w autobusie. 

nasz autobus

Ci, którzy przyszli 15 czy 20 minut później nie mieli już tak dobrze, musieli siedzieć na plastikowych stołeczkach albo kartonowych pudłach ustawionych w przejściu między siedzeniami.
Na szczęście podróż trwała tylko nieco ponad godzinę i choć dwie osoby zdążyły zwymiotować (Laotańczycy mają bardzo wrażliwe organizmy i choroba lokomocyjna dopada ich już po kilku minutach trzęsienia), to nikt się prawdziwie nie umęczył.
Następnym punktem programu była łódka. 

nasza łódka to ta, koło której stoją gotowe do załadunku skrzynki piwa i kanistry

Z przewodnika wynikało, że dopłyniemy nią do celu naszej podróży, ale okazało się, że po drodze na przeszkodzie stanie nam zapora wodna. Łodzie dopływają tylko do tego miejsca, znajdującego się 58 kilometrów od miasteczka Muang Khoua, będącego celem naszej podróży. Ostatni kawałek trzeba pokonać lądem, minibusem albo tuk tukiem.
Dopłyniecie do tamy zajęło nam trochę ponad dwie godziny. Przez ten czas napawaliśmy się pięknem krajobrazu, niesamowicie zielonymi brzegami rzeki i jej absolutnie gładką powierzchnią, która jak w lusterku odbijała te wszystkie palmy, bananowce, liany…


Na chwilę przycumowaliśmy w wiosce, gdzie wysiadła płynąca z nami dziewczyna. 


kapitan naszej łodzi i współpasażerka

Zabrała ze sobą trzy skrzynki piwa, dwie palety jaj, z pięć kanistrów benzyny i kilka kartonów z niezidentyfikowaną zawartością. 

o, tu wysiadła

W jej miejsce na łódkę wsiadła starsza pani z torbą i dwoma kurczakami  w wiklinowej klatce. Tak to w miłej sielskiej atmosferze dopłynęliśmy do tamy. Tam czekał już tuk tuk, a w nim 6 Francuzów i kilkoro tubylców. My dopełniliśmy składu i pojazd miał już ruszać, ale okazało się, że chętni do podróży są jeszcze: rodzice z dwójką dzieci i samotna staruszka. Mężczyzna z dzieckiem przywiązanym do niego chustą, z nóżkami dyndającymi poza samochodem dla nas był widokiem zaskakującym, a może nawet zatrważającym, ale zdaje się, ze lokalne standardy jak najbardziej dopuszczają taki styl podróżowania z dzieckiem. Chwilę porozmawialiśmy z Francuzami, a potem zajęliśmy się obłaskawianiem dzieci, które na widok białych potworów wpadły w ryk. Cukierki nieco je do nas przekonały, zupełna zaś przyjaźń zapewniły lizaki (chłopiec z kamienną miną lizał lizaka przez papierek) i samoładujące się latarki, które nie dość, że świecą, to jeszcze bardzo ładnie hałasują (moi znajomi zawsze mają pod ręka kilka sztuk takich pożytecznych urządzeń). Jechaliśmy tak sobie jakieś 20 minut. A potem coś stuknęło, huknęło i podróż się zakończyła. Koło się wygięło, śruby wypadły, nie wiem jak się to fachowo nazywa, ale efekt był taki, że staliśmy na środku drogi, a samochód nie mógł jechać dalej. 

przymusowy postój

Trzeba przyznać, że przymusowy postój wypadł nam w bardzo ładnym miejscu, w dole szumiała rzeka, a na drugim jej brzegu wznosiły się zielone wzgórza z maleńkimi chatkami przycupniętymi gdzieś pośród wielkiej zieleni.


No ale cienia nie było nic a nic, jedzenia ni picia też nie i w ogóle do jakichkolwiek ludzi było raczej daleko.
Kierowca chwilę podumał nad zwichniętym kołem, a potem oznajmił, że zawoła pomoc i odjechał na złapanym na stopa motocyklu. Pół godziny później powrócił samochodem, do którego upchnął Francuzów i ich wielkie twarde walizy. Obiecał, że potem wróci po nas i odjechał.
Kolejne pół godziny później wrócił i wtedy zaczęły się dziać rzeczy niezrozumiałe, głównie pewnie dlatego, że nie było nikogo, kto mógłby nam cokolwiek wytłumaczyć w zrozumiałym przez nas języku.
Kierowca wrócił samochodem, do którego śmiało mogło zmieścić się sześć osób, ale wziął tylko dwoje plus worek i kartonowe pudło. Odjechał, zapewniając nas, że wróci. Kilka minut później na motocyklu przyjechała kobieta, która zaczęła pobierać od wszystkich opłatę. Na nasze pytanie, ile mamy zapłacić, odeszła bez słowa, wsiadła do przejeżdżającego właśnie samochodu i zniknęła, pozostawiając motocykl. 

garaż dla motocykli w laotańskim stylu

Wróciła kwadrans później z bloczkiem biletów i wtedy stało się już zupełnie jasne, że pani jest kasjerką i że mamy zapłacić za bilet, którego nie kupiliśmy na początku podróży.
Następnie wrócił kierowca i przystąpił do odkręcania koła. Przywiózł ze sobą nie tylko śruby i klucze, ale też worek i karton tej pary, która odwiózł pół godziny wcześniej.
Po jakimś czasie sytuacja z kołem została na tyle opanowana, że mogliśmy jechać dalej. Wtedy jednak okazało się, że kierowca musi odprowadzić samochód, którym przyjechał. Znów więc opuścił nas, zapewniając, że powróci.
I rzeczywiście wrócił. Wszyscy wsiedliśmy do środka, przy braku Francuzów w tuk tuku zrobiło się luźno i rodzina z dziećmi mogła usiąść wygodnie na siedzeniach. Ruszyliśmy. Kwadrans później kierowca stwierdził, że musi napompować koło, zawrócił (o mało nie wpadając w przepaść) i ruszył z powrotem do znanego mu punktu pompowania opon.
I tak to podróżowaliśmy sobie miło wśród pięknych laotańskich krajobrazów. 


Dzięki długim postojom zadzierzgnęliśmy znajomość z dziećmi i ich rodzicami, tak że kiedy trzy godziny później wyciągnęli wiklinowy pojemnik z kleistym ryżem i paczkowane podroby, zaprosili nas do wspólnego posiłku. Może nie były to rarytasy, ale wspólne z sympatycznymi tubylcami lepienie ręką kulek z ryżu w tuk tuku jadącym gdzieś przez laotańskie góry, to w moim odczuciu obiad więcej warty niż posiłek w najwykwintniejszej restauracji.
Tak więc ogólnie trzeba stwierdzić, że podróż była udana. A kiedy po pięciu godzinach pokonaliśmy wreszcie te 58 kilometrów i dotarliśmy do Muang Khoua, miasteczko wydało nam się tak ładne, że postanowiliśmy zostać w nim nieco dłużej niż planowaliśmy.


Duża w tym zasługa Niemki, Suzanne, która spotkaliśmy natychmiast po dojechaniu do Muang Khoua. Poradziła nam, żeby nie nocować w żadnym z miejsc polecanych przez Lonely Planet, tylko przejść przez wiszący drewniany most 


i pójść do hostelu z pięknym widokiem na rzekę, palmy, most i ogólnie całe tropikalne laotańskie piękno. 


Tak też zrobiliśmy, a że miejsce okazało się rzeczywiście przyjemne, zatrzymaliśmy się w nim na dwie noce. Parę minut po naszym przyjeździe właściciel zawołał nas na kolację złożoną z bardzo dobrej fasolki, potrawki z ogórków oraz omletów i kleistego ryżu, a także nalewanej z kanistra do butelki, a potem do kieliszków wódki lao lao.

Podczas kolacji poznaliśmy między innymi Polkę, która przyjechała do Azji Południowo-Wschodniej na osiem miesięcy (rzuciła pracę, bo 26 dni urlopu to zupełnie bez sensu i nie da się z tym nic zrobić), Niemkę podróżującą od trzech miesięcy (rzuciła pracę, bo szczerze nienawidziła swojego zajęcia) i Włoszkę planująca pobyć na Dalekim Wschodzie do końca kwietnia (praca rzuciła ją). Przy tym wszystkim nasze dwa tygodnie w Laosie i zbliżający się powrót do korpożycia  wydały się tak beznadziejne, że natychmiast trzeba było wypić dodatkowy kieliszek lao lao…

na koniec jeszcze kilka widoków Muang Khoua, żebyście sami mogli się przekonać, że to naprawdę miłe miejsce 




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza