sobota, 18 kwietnia 2026

Japonia - najmniejsza z największych

 Sikoku to najmniejsza z czterech głównych wysp Japonii. Żeby ją obejść dookoła potrzeba przynajmniej półtora miesiąca. Iść w poprzek byłoby trudniej, bo na środku są góry, których najwyższy szczyt ma prawie 2 tysiące metrów wysokości.


Administracyjnie Sikoku składa się z czterech prowincji, z których udało mi się odwiedzić trzy. W prefekturze Kagawa byłam jedynie w głównym mieście Takamatsu, 

a w Tokushimie odwiedziłam Tokushimę, która jest stolicą tej prefektury. 

Najlepiej poznałam Kochi – spędziłam jeden deszczowy dzień w mieście nazywającym się tak samo, jak cała prefektura 


oraz przeszłam 203,5 km przez wioski, miasteczka, 


pola uprawne

przygotowania do sadzenia ryżu

 i pagórkowate lasy tego regionu.



Szłam wzdłuż brzegu Oceanu Spokojnego, który według mnie zasługuje na swoją nazwę. 

niestety zdjęcie nie oddaje przepięknej barwy oceanicznej wody



Japończycy chyba jednak nie podzielają tej opinii i traktują ocean jak diabła rogatego – odgrodzili się od niego murem, 

ocean jest po lewej stronie, za murem. Żeby móc na niego patrzeć, 
trzeba usiąść na ławce ustawionej na szczycie schodów

pozostawiając dojście do wody właściwie jedynie w miejscach portów rybackich


rybacy łowią nie tylko ryby

 i starają się jak najlepiej przygotować na ewentualny atak oceanicznego żywiołu. 


W każdej wiosce w miejscu, gdzie można byłoby się spodziewać rynku, placu z ławeczkami albo chociaż kapliczki, stoją wieże ratunkowe, które mają dać schronienie w razie tsunami. 


Wszędzie są też tabliczki informujące o wysokości nad poziomem morza i drodze ewakuacji do najbliższej wieży. 



Dwa razy w roku mieszkańcy nabrzeżnych miejscowości przechodzą szkolenia na wypadek klęski żywiołowej i muszę przyznać, że stopień ich przygotowania do starcia z przyrodą wywarł na mnie duże wrażenie. Choć tsunami w tym regionie nie było już od wielu lat, ludzie nie odpuszczają i cały czas pozostają w czujności. Efekty takiego podejścia można było obserwować już nieraz. Pamiętam, że kiedyś w krótkim odstępie czasu trzęsienie ziemi o podobnej sile nawiedziło Włochy i Japonię. W Italii było totalne nieszczęście, domy się zawaliły i wiele osób straciło życie. A Japończycy otrzepali swoje czarne garnitury z pyłu i następnego dnia poszli spokojnie do pracy.

poranek na dworcu w Takamtsu - właśnie przyjechał pociąg podmiejski

No ale do tego potrzebna jest japońska mentalność. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego miejsca na świecie, gdzie nie byłoby ani koszy na odpadki, ani śmieci na ulicach. Wszędzie indziej brak pojemników oznacza przyzwolenie na rzucanie puszek i papierków na ziemię. W Japonii natomiast wszyscy zabierają swoje śmieci do domu i ulice czy lasy są czyste. Koszy nie ma nawet koło automatów z napojami, które stoją na każdym kroku. Kupujesz mrożoną kawę w puszce albo zieloną herbatę w butelce i co? I grzecznie pakujesz pusty pojemnik do plecaka lub do kieszeni. To udaje się jedynie w Japonii!

na dworcu autobusów dalekobieznych prośba o zabranie swoich śmieci do domu!

Wróćmy jednak od spraw ogólnokrajowych do tych charakterystycznych dla Sikoku. Wyspa jest nie tylko najmniejszą z wielkich, ale też najsłabiej zaludnioną. 


I stan ten się ewidentnie pogłębia. Podczas mojej wędrówki spotykałam niewielu ludzi i praktycznie wszyscy byli starzy. I nie mam tu na myśli 60- czy 70- latków. Większość osób, które widziałam wyglądało spokojnie na 85+. Zauważyłam też bardzo dużo opuszczonych domów, które zdążyły już obrosnąć bluszczem i powojem. 



A ile razy z nadzieją szłam do zaznaczonej na mapie Googla restauracji czy kawiarni i spotykałam jedynie resztki szyldu, to nie zliczę.


Bardzo to smutne, bo wyspa jest piękna i pozwalająca na dobre spokojne życie. 


A jednak ludzie wolą zgiełk i tłok takich miast jak Tokio czy Osaka. 

Osaka

Choć oczywiście nie wszyscy. Rozmawiałam z dwiema osobami (tylu mówiących po angielsku Japończyków udało mi się spotkać), które od kilku lat mieszkają na Sikoku, właśnie dlatego, że zmęczyły ich metropolie. Właścicielka jednego z pensjonatów, powiedziała, że już nie mogła wytrzymać codziennego ścisku w tokijskim metrze. No i teraz ma wokół siebie dużo przestrzeni. Ale swoich gości musi wozić samochodem na kolację do restauracji, bo te, które były w miarę blisko, pozamykały się.

tu raz nocowałam

Szkoda, bo Sikoku ma potencjał. Zwłaszcza tak rozbuchaną wiosną, gdy wszystko kwitnie jak szalone i nawet z każdej szpary przy krawężniku wyglądają fiołki, 


jest tam naprawdę malowniczo. I jakoś tak łagodnie…





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz