środa, 10 grudnia 2014

Sprostowanie

Jakiś czas temu napisałam, że nie byłam nigdy w żadnym kraju na literę R. Wyznanie to spotkało się z gwałtowną reakcją wielu moich znajomych.
- Jak nie byłaś?! A Rosja?!
No fakt, zapomniałam o takim niewielkim kraiku :)
A przecież w moim paszporcie sprzed kilkunastu lat aż roi się od stempli z petersburskiego lotniska. Wizytowałam to wspaniałe miasto wielokrotnie, latem, gdy białe noce nie pozwalały spać i zimą, kiedy, kiedy mróz ścinał nawet myśli i jedynym ratunkiem była grzana whisky w Idiocie, mojej ulubionej knajpce koło pałacu Jusupowa. Ze zwiedzania tego pałacu najbardziej zapamiętałam przewodnika, który - naśladując otrutego Rasputina - ryczał tubalnym basem:
- Uuuuu, wszystko powiem carycy!!!!
Pamiętam spacery po Newskim Prospekcie i mały antykwariat, w którym znalazłam bardzo dobry słownik rosyjsko-polski. Miło też wspominam wizyty w Ermitażu i szampanskoje kupowane w kiosku nad jednym z kanałów.
W innych rosyjskich miastach nie byłam, ale z Petersburga mam całe tony wspomnień. I właściwie nie znajduję wyjaśnienia dla mojego zapomnienia o Rosji.
Może trochę tłumaczy mnie fakt, że nie mam z Petersburga praktycznie żadnych zdjęć. Dziwne? A jednak. Właściwie jedyne w moim albumie rosyjskie fotki, to te z Peterhofu, podmiejskiej rezydencji Piotra Wielkiego - tylko, że zamiast carskiego pałacu i wspaniałych ogrodów, jestem na nich głównie ja. Oto dowód:

ta szykowna granatowa dama to właśnie ja :) Otoczenie potraktowane zostało raczej po macoszemu

Wybaczycie więc, mam nadzieję, że ten wpis nie jest bogato ilustrowany....
 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza