wtorek, 23 września 2014

Z wizytą u baronowej Blixen

Idzie jesień, długie wieczory, w które tak przyjemnie jest owinąć się kocem i siedząc w wygodnym fotelu, oddać lekturze ciekawej książki. Najlepiej takiej przenoszącej nas w odległe czasy lub egzotyczne krainy. Albo w jedno i drugie jednocześnie. Do takich książek zalicza się „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen.  Wszyscy oczywiście znamy film z Meryl Streep i Robertem Redfordem i rzadko komu przychodzi do głowy sięgać jeszcze po książkę. A tymczasem…



Jadąc pierwszy raz do Kenii i wiedząc, że będę w posiadłości pani Blixen, wzięłam „Pożegnanie z Afryką” ze sobą. Zaczęłam czytać i ku mojemu ogromnemu zdumieniu stwierdziłam, że książka ta jest zupełnie niepodobna do kinowego przeboju z Hollywood. Nie ma w niej praktycznie zupełnie miłosnej historii, stanowiącej podstawę filmu, za to jest o niebo więcej szalenie interesujących opowieści z życia kolonialnej Kenii. Książka o Dunce, próbującej oswoić dla siebie kawałek Afryki, o jej zetknięciu z mentalnością i zwyczajami lokalnej ludności, okazała się pasjonującą lekturą, która dała mi znacznie więcej radości, niż gdyby była to tylko historia romansu ze słoniem w tle.

Jednak to film zdobył wieczną sławę i teraz zwiedzając dom pani Blixen, ogląda się głównie rekwizyty i kostiumy, które były używane przy jego produkcji.
Ale jeśli ktoś podejmie trud wyjścia poza dom i elegancko przystrzyżony trawnik i pójdzie ścieżką wijącą się wśród bujnej afrykańskiej roślinności, to spotka prawdziwe pamiątki z czasów, gdy duńska baronowa żyła i pracowała  w Afryce.

 urządzenia używane do produkcji kawy

No i oczywiście widoki są z pewnością wciąż te same. Można więc usiąść sobie na ławce przed domem
i popatrzeć na majaczące gdzieś na horyzoncie śniegi Kilimandżaro, choć one akurat urzekły innego wielkiego pisarza.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza